sobota, 19 kwietnia 2014

Od Caroline: Dzień

 Był zwykły można było stwierdzić, że nudny. Nikt nie... nie... brał udziału w życiu stada. To już nie to samo co za czasów Layli i Mozarta... no może jeszcze Belli i Alaski. 

*Will*????

______________________
CD od Willa 

- Chyba już nie mamy wyjścia... Skoro członkowie nie chcą być w stadzie, to może pora już... zamknąć stado - powiedziałem ze smutkiem.

< Caro...? >
____________________
CD od Caroline

-Tak.
<Will>?
____________________________
CD od Willa

W moich oczach pojawiły się łzy. Jednak starałem się tego zbytnio nie ujawniać.
Wszedłem na pagórek, z którego zawsze przemawiano.
- Drodzy członkowie! Przykro mi to mówić, ale... - przerwałem i spojrzałem na nich. Po moich chrapach spływały gorące łzy.
Nie musiałem kończyć zdania. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi.
- Stado, jeśli ktoś się o nim dowie, najpewniej zostanie zapisane w historii... Ale zostawimy wiadomość: Tu było Stado Zielonego Słońca.
- A co z ciałami Mozarta i Layli...? - spytała Rodzynka.
- Biorę je ze sobą - odpowiedziałem, patrząc nieprzytomnym wzrokiem.
Rozeszliśmy się.
- Caro, ja... Wiem, że tak dużo przeżyliśmy razem, ale... Jednak miałem kilku wrogów, którzy byli wrogami taty i muszę teraz żyć w nieustannym ruchu... Mógłbym narazić Cię na niebezpieczeństwo.
- Rozumiem... - odpowiedziała ze smutkiem.

Od Sary: Już wiadomo...

Bawiłam się z Orionem na polance. Nagle w polu widzenia znalazł się kary ogier z jakąś ładną klaczą. Klacz gdzieś poszła a mama podbiegła do ogiera i go przytuliła. To tata!
- Orion patrz! To nasz tata!
Pobiegłam do niego.

< Tato? >
______________________
CD w oznaczonym kawałku opowiadania "Powrót ze Zgromadzenia Posłańców".

Od Keyli: Moje dołączenie

To nic takiego ciekawego. Szłam lasem, ścieżką wydeptaną przez konie, więc postanowiłam je odszukać. Nagle coś się zmieniło. Poczułam słodki zapach, a gdy spojrzałam pod nogi zobaczyłam lawendę. Byłam w pięknym lesie, w którym było jej mnóstwo. I wtedy usłyszałam głosy. Pobiegłam truchtem za nimi. Znalazłam się na skraju łąki pełnej koni. W oczy rzucił mi się czarny ogier. Zakochałam się w nim. Nagle jakaś klacz krzyknęła:
- Caro, Will popatrzcie! Tam stoi jakiś źrebak!
Spojrzała na mnie czarna klacz z białą gwiazdką.
- Podejdź. - podeszłam - Jak się nazywasz?
- Keyla. - odpowiedziałam
- Sara, Orion, moglibyście ją oprowadzić? Zakładam, że już do nas należy - uśmiechnęła się. Podeszła do mnie ładna klaczka i... ten czarny ogier.
- Oprowadzimy cię. - powiedział - Ja jestem Orion, a to moja siostra Sara.
Oprowadzili mnie. On jest Orion, a ona jego siostrą Sarą. A ja jestem szczęśliwa.

Od Dark Moon'a: Powrót ze Zgromadzenia Posłańców

To był już ostatni dzień zgromadzenia. Większość posłańców wyruszyła już w drogę powrotną, a ja czekałem aż ktoś wyrazi chęć powrotu ze mną. Niestety, mało kto mieszkał w naszej okolicy. Nagle usłyszałem za sobą chrząknięcie.
- Tato... - powiedziała, lekko zmieszana Aronia - Ja, ja chciałam przeprosić. Zareagowałam zbyt gwałtownie, posłańcowi tak nie przystoi - szepnęła moja córka.
Przytuliłem ją i łagodnie powiedziałem:
- Nie szkodzi. Miałaś prawo się zezłościć.
- To... Ja już chyba pójdę - powiedziała nieśmiało Aronia.
- Czekaj! - zawołałem - W którą stronę zmierzasz?
- Na razie tam - wskazała kierunek głową.
- Ja tak samo. Mogę ci towarzyszyć? - zapytałem ją.
Wyruszyliśmy razem, a - jak się później okazało - Aronia musiała przejść przez teren naszego stada aby dotrzeć na własne ziemie. Stwierdziliśmy, że drogę odbędziemy razem i może uda się od razu zawrzeć jakiś sojusz pomiędzy stadami. Nie naciskałem aby zamieszkała ze mną, bo wiedziałem, ze już ułożyła sobie życie. Poza tym pewnie Rodzynce by się to nie podobało.

*

Gdy dotarliśmy na nasz teren pierwszym spotkanym koniem był Will. Jak on urósł!
- Witaj, Willu! Powiesz mi gdzie się podziewa twoja mama? Mam do przekazania trochę wieści. A to jest Aronia, posłanka ze Stada Krystalicznej Skały.

<Will?>
________________________
CD od Willa

- Niestety... Moja matka... Ona nie żyje - powiedziałem zduszonym głosem - Możesz mi przekazać wieści, teraz ja jestem dowódcą.

< Dark Moon? >
____________________________
CD od Dark Moon'a (+ CD opowiadania "Już wiadomo")

- Oh, nie miałem pojęcia - zmieszałem się - W każdym razie... - rozmowę przerwała nam Rodzynka, która nagle podbiegła i się do mnie przytuliła. Powitałem ją z uśmiechem i mruknąłem coś przepraszająco do Willa. Interesy omówimy później. Widziałem, że Aronia poszła za Willem i najprawdopodobniej omawiali podstawy sojuszu.
- Tęskniłam za tobą - mruknęła Rodzynka. Nagle zza jej zadu wyszła jakaś mała klaczka, a za nią niechętnie podążał młody ogierek. Nie miałem pojęcia o co chodzi, więc posłałem mojej ukochanej pytające spojrzenie.

<Rodzynka?>
____________________________
CD od Rodzynki

Westchnęłam. Musiałam mu wytłumaczyć.
- Pamiętasz, jak chciałam ci coś powiedzieć, ale nie zdążyłam?
Dark kiwnął głową.
- No więc właśnie to: Dark, zostałeś ojcem, a dzieciaki się urodziły pod twoją nieobecność. Klacz to Sara, a ogier to Orion.

 Dark, jak zareagowałeś?
____________________________
CD od Dark Moon'a



Od Mefisto: Jak dołączyłem?

Przede wszystkim życie. To tylko pamiętam. Tyle mnie nauczono. Nie uczono mnie czym jest przyjaźń, miłość, bycie kulturalnym. Nie wiem co to zabawa. Nie uczono mnie też przetrwania. Tego nauczyłem się sam. Przyjaźni, miłości, kultury i zabawy nauczyła mnie ONA...
A było to tak:
Otworzyłem oczy. Obok mnie leżała martwa klacz, moja matka. Do namiotu wbiegł kruczoczarny ogier, mój ojciec. Rozejrzał się, zobaczywszy mnie podbiegł i pochylił się:
- Zapamiętaj sobie jedno, Mefisto, mój synu: Przede wszystkim życie!
Potem wybiegł i więcej go nie widziałem. Mimo to dobrze wiedziałem co mam zrobić. Na chwiejnych nóżkach wyszedłem z namiotu i skierowałem się do lasu. Nikt z walczących nie zauważył małego, karego noworodka przemykającego bokiem w stronę lasu. Gdy znalazłem się pod bezpiecznymi drzewami, bez cienia smutku czy tęsknoty do rodziców ruszyłem dalej. Po paru godzinach kłusowałem już swobodnie. Nie rozglądałem się ciekawie, nie bałem się też. Minęło mi w ten sposób kilka tygodni. Nie rosłem prawie w ogóle, nadal wyglądałem jak ledwo urodzony źrebaczek. Ale nie przejmowałem się zbytnio wyglądem. Przede wszystkim życie.
Pewnego dnia gdy kłusowałem wąską leśną ścieżką zobaczyłem klacz. Tak śliczną, że aż przystanąłem by popatrzeć. Stała na polance w świetle przepuszczonym przez liście. Dokoła niej latały motylki, a ona sama śpiewała śliczną piosenkę. Nie, piosenka była zwyczajna, to jej GŁOS był niezwykły. Podszedłem bliżej. Mogła mnie zobaczyć. Mogła. Ale nie zobaczyła. I to mnie rozczarowało. Stałem jeszcze chwilę bez ruchu, a gdy było mi niewygodnie, przeniosłem ciężar ciała na inną nogę, nastąpiłem na patyk. Wystarczył cichy trzask, żeby śliczna, rozśpiewana klacz odwróciła do mnie głowę. Ze zdziwieniem podeszła bliżej.
- Witaj. Jestem Sara, a ty? - zapytała w końcu.
- Mefisto. Co tutaj robisz?
- Mieszkam. To tereny Stada Zielonego Słońca. Może dołączysz?
"Wszędzie tam, gdzie ty!" chciałem wykrzyknąć. Ale zamiast tego powiedziałem obojętnie:
- Pewnie, czemu nie.
- Chodź. Po drodze opowiem ci o stadzie. - ruszyłem za nią - Nasze Alphy to Will i Caroline. Moja mama nazywa się Rodzynka, a tata nie wiem, bo kiedy się urodziłam, był na jakimś zgromadzeniu czy czymś podobnym. Mam starszego brata: Oriona. A ty? Powiedz mi coś o sobie.
Co miałem mówić. Powiedziałem co wiedziałem.
- Och to straszne! - poruszyła się.
- Co jest straszne? - zdziwiłem się.
- No... Nie znałeś mamy, twój tata dał ci tylko tę dziwną naukę...
- Przyzwyczaiłem się. - odparłem. Reszta drogi minęła w ciszy. Alphy mnie przyjęły. Podoba mi się tu, tylko Orion jakiś taki dla mnie nie miły...

Od Anyi Marie: Przyjaciele

Mam wielu przyjaciół i chcę wam opowiedzieć o paru z nich.

Moją przyjaciółką od wieków jest Rodzynka. Jest biała jak śnieg i uwielbia się kąpać. Ma partnera - to Dark Moon - i dwójkę dzieci, małych rozrabiaków - Sarę i Oriona. Gdy się poznałyśmy, uwielbiałyśmy rozmawiać! Tak jak ja, kocha maluchy.

Lubię też Persefonę. Jest w czekoladowe plamy i też uwielbia dzieci. Mamy wspólny smutek - nasi ulubieńcy odeszli. Jest szyyyyyyyyyyyyybka i zwinna.

Prawie bym zapomniała! Uwielbiam rozrabiaki - Sarę i Oriona. Dołączyli do nas nowe źrebaki, mam nadzieję że ich polubią!

No i oczywiście Caro i Will. To Caro mi pomogła, gdy dowiedziałam się o odejściu Paina. Zawsze nam doradzają i to oni mianowali mnie na Gammę.

Od Dark Moon'a: Zgromadzenie Posłańców IV

Razem z Serir szybko dotarliśmy na miejsce spotkania. Jak zwykle powitała nas Tropical Island - kara arabka, która niegdyś pracowała dla ludzi. Była najlepszą z nas.
- Dark Moon, Serir! - krzyknął na nasz widok - Już myślałem, ze nie przybędziecie.
- Tym razem miałem do pokonania długą drogę- odpowiedziałem klaczy.
- Rozumiem. Przykro mi z powodu Arytmi, była na prawdę świetna - powiedziała do mnie cicho.
W odpowiedzi kiwnąłem głową i poszedłem przywitać się z resztą. Na spotkaniach posłańców panowała osobliwa atmosfera, którą wprost uwielbiałem. Po prawej ścigały się dwa młode konie, a z przodu większa grupka posłańców wymieniała się informacjami. Lecz ja wypatrywałem tylko dwóch koni -Shadow'a i Aronii. Tego pierwszego zauważyłem już po chwili. Po wymianie uprzejmości przeszliśmy do interesów.
- Jakiś czas temu Layla proponowała nam sojusz. To aktualne? - zagadnął kary ogier.
- Tak - Jeszcze przez jakiś czas negocjowaliśmy i uzgadnialiśmy warunki. Na koniec każdy odszedł głośno narzekając, chociaż tak na prawdę obaj sądziliśmy, że wyszliśmy lepiej na tej umowie.
- Moon! - usłyszałem wesołe wołanie. Od razu rozpoznałem ten głos.
- Bella, nie sądziłem, ze cię spotkam - odpowiedziałem do siwej klaczy.
- Opowiadaj, co w stadzie? - zapytała ożywiona przyjaciółka.
- Mozart nie żyje, a Layla urodziła synka. Poza tym adoptowała małą Caro - powiedziałem rzeczowym tonem.
- Mozart? To straszne... - zasmuciła się Bella - Jak nazwała syna?
- Will. Mozart tego chciał.
Rozmawialiśmy jeszcze długo, lecz później Bella powiedziała, ze ma do załatwienia jeszcze kilka spraw służbowych i odeszła.
Dowiedziałem się, że mam poprowadzić trening wydolnościowy dla młodszych koni. Trafił mi się przedział 2,5 - 3 lata. Postanowiłem, ze najpierw zapoznam się z tymi końmi, bo wnioskując po wieku większość mogłem nie znać. Nagle poczułem, że ktoś trąca mnie nosem. Odwróciłem się gwałtownie i ujrzałem tą klacz:
http://www.schc-fworld.cz/hrebci/poustni/Gek/01.jpg
- Aronia? - wykrztusiłem zaskoczony.
- A kto inny? - warknęła moja córka. - Co tak milczysz? - zapytała bezczelnie gdy nie odpowiedziałem.
- Tęskniłem za tobą - udało mi się wykrztusić.
- Tak? Jakoś ci nie wierzę. Na pewno słyszałeś strzały i krzyki. Nie wróciłeś po nas - warknęła - Wiesz, że widziałam jak matka upada? Jak umiera - szepnęła - A ty? Ty nie wróciłeś. Młodszy brat cię pokonał, wygnał cię - syknęła - Jesteś doprawdy żałosny jeśli myślisz, ze za tobą tęskniłam.
- Rozumiem, jesteś na mnie zła. Zawiodłem cię - powiedziałem spokojnie do zezłoszczonej Aronii - Też bardzo tęsknię za twoją mamą, ale nic już nie zrobimy. Co bym tam zdziałał? Byłem mocno poraniony. Też bym zginął.
- Zasłużyłeś na śmierć - Odwróciła się ode mnie i poszła w przeciwnym kierunku - Poproszę aby zmienili mi grupę. Pracuję dłużej od reszty - rzuciła na odchodnym.

Od Sary: Tajemnica taty

Razem z bratem pod czujnym okiem cioci Anyi Marie bawiliśmy się na łące. W pewnej chwili zapytałam:
- Ej, Orion. Zastanawiałeś się kiedyś nad naszym tatą?
- Tak i to odkąd mama wymieniła imię jakiegoś ogiera. Mozart czy jakoś tak.
- To niemożliwe, Mozart to tata Willa. - pokręciłam głową
- Myślisz, że...
- Nie. - ucięłam - Ale warto się dowiedzieć
Pobiegliśmy do Sennego Lasu gdzie była mama i rozmawiała z jakąś klaczą.
- Mamuś, chcieliśmy zapytać o tatę. - zrobiłam najniewinniejszą minkę na jaką było mnie stać.
- O tatę? - zdziwiła się.
- Czy on żyje? - zapytał Orion.
- Oczywiście! Jest posłańcem i udał się na zgromadzenie, za jakiś tydzień wróci. A teraz idźcie.
Gdy wyszliśmy z lasu zapytałam brata:
- Wierzysz jej?

< Orion, braciszku wierzysz mamie? >
___________________________________
CD od Oriona

- Sam nie wiem... Przecież nie opuściłby mamy gdy była w ciąży, prawda? Albo matka kłamie, albo mamy kiepskiego ojca. - odpowiedziałem siostrze.
- Cóż... Jeśli wróci to się przekonamy -powiedziała Sara.
- Ciekawe po co to całe zgromadzenie... - mruknąłem, trochę zły.

<Sara?>
_____________________________
CD od Sary

- Gada, negocjuje, zawiera sojusze. Nic takiego. Tylko jak on się nazywa...? - zastanowiłam się. Orion milczał, a ja ciągnęłam:
- Pamiętasz tę noc kiedy księżyc był prawie czarny i okropnie się baliśmy?
- Tak myśleliśmy że to koniec świata. - kiwnął głową.
- A mama się uśmiechnęła i słyszałam jak szepce Dark Moon. Może tak?

< Orion?xD >
______________________
CD od Oriona

- Może... Trochę dziwne imię.
- Dlaczego? Mi się podoba - stwierdziła moja siostra.
Po chwili zaczęło się ściemniać i mama kazała nam iść do sennego lasu.

Od Anyi Marie

Obudziłam się. Byłam w nieznajomym lesie. Zdałam sobie sprawę, że...

...się zgubiłam
Zaczęłam szukać śladów wokół ale żadnych nie było. Spojrzałam w niebo. No tak, niedaleko była czarna chmura, czyli deszcz. Nawet ma sierść była mokra. Zrozumiałam że... muszę szukać nowego stada.

I znalazłam. Ale od razu podeszli do mnie z niechęcią. Jedyną osobą która mnie lubiła była Eskotona, córka najniższych sług Apellesa, surowej Alfy. Po paru dniach zrozumiałam - nie pasuje tu. Razem z Eskotoną i jej bratem (który był w moim wieku) Bucco uciekliśmy. Po paru tygodniach usłyszeliśmy, że ich stado zostało zaatakowane przez watahę wroga. Przeżyli tylko rodzice Bucca i Eskotony.

Rodzeństwo natychmiast postanowiło ich uratować. Ja powiedziałam że pójdę z nimi. To była długa wędrówka. Pewnej nocy, gdy mała spała, rozmawiałam z Buccem.
- Ay, czy zostaniesz mą partnerką? - doszło po długiej rozmowie to pytanie do mych uszu.

Zawahałam się. Panem mego serca był Pain. A jeśli... on też mnie kocha?
- Bucco... Zawsze traktowałam to jako przyjaźń. A niestety, bardziej lubię kogo innego... Chcę aby zawsze tak było. Abyś był mym najlepszym przyjacielem.
- Nie kochasz mnie?
- Niestety nie.
Przeszył mnie swym najstraszniejszym wzrokiem i odbiegł. A ja, czując winę, zasnęłam. Nigdy go już nie zobaczyłam.

Następnego dnia przypomniały mi się słowa Mozarta "Idź za głosem serca". Ptaki ćwierkały nad mą głową.
-Gdzie mam iść? - zapytałam głośno.
Ptaki skierowały się na wschód. Ja biegłam za nimi kilka dni bez odpoczynku. Niedługo odnajdę swój dom! Nie czułam zmęczenia.

Po paru dniach zobaczyłam Caro i Willa razem ze stadem. Pobiegłam do nich.
- Hej, Will! Wróciłam!
Po wszystkich przywitaniach zapytałam o najważniejsze:
- Gdzie Pain?
Alfy wymieniły smutne spojrzenia.
- Odszedł, Ay. On odszedł, tak samo jak innych 10 członków.
- Nie...

Przez tydzień nie wychodziłam z jaskini. Będzie inny Pain, myślałam, i będą dzieci i wnuki i prawnuki...

Potem wyszłam na światło dzienne.

 ( Will lub Caro, dokończycie?)
_________________________________
CD od Caroline

Podeszłam do klaczy.
-Anya, nie przejmuj się.... On odszedł, bo kochał inną, przynajmniej taki mi wyznał.
Klacz popatrzyła na mnie mówiąc:
-Miłość nie wybiera...
-Nie zasługiwał na ciebie, jesteś wspaniałą klaczą i jestem pewna, że znajdziesz prawdziwą miłość, wystarczy dobrze szukać.
Anya uśmiechnęła się i powiedziała:
-Przepraszam cię bardzo ale muszę to przemyśleć i chciałabym pobyć sama...
-Rozumiem -odwróciłam się kierując w stronę Jaskini. Weszłam tam i zobaczyłam cicho i tajemniczo rozmawiających Willa i Persefonę.
-Will... czy ja o czymś nie wiem? -popatrzyłam z irytacją i blaskiem w oczach na ogiera.
-To nie tak.... Caroline....
-Wiem, chciałam zobaczyć tylko jak zaregaujesz.



Od Caroline: Rozkwit miłości

Nikt nie wiedział, że miałam siostrę, Milę:
http://pu.i.wp.pl/k,NTYyNTc4MjksODIzNjQw,f,mustang03l.jpg
Bardzo się lubiłyśmy, kochałyśmy.... Ale ludzie ją zabili jak i moją rodzinę, Mila była starsza o rok. Taka piękna, kochana. Tęsknię za prawdziwą mamą, prawdziwym tatem za prawdziwą siostrą ale i za Laylą -przybraną mamą i za Mozartem- choć go nie znam.
Był piękny wieczór, podszedł do mnie Will:
-Dlaczego jesteś taka smutna, kochanie?
-Wspominam Milę...
-Ona jest w twoim sercu... Proszę! -podarował mi piękną białą różę.
http://www.rotfl.com.pl/data/media/254/biala_roza2.jpg
-Och Will... Dziękuję...
-Wspólny romantyczny wieczór?
-Z Tobą zawsze -pocałowałam ukochanego.
Wieczór zaczął zamieniać się w noc, niebo było pełne gwiazd....
-Will?
-Tak?
<Will, o co mogłam zapytać>?
___________________________________
CD od Willa

- Czy... Czy zastanawiałeś się kiedyś co będzie po śmierci? - spytała.
- Nie. Ale wiem, ze życie jest jak kwiat. Na początku jesteś małym pączkiem. Potem rośniesz, nabierasz umiejętności, stajesz się piękniejsza. A potem kończy się życie i więdniesz, zostawiając nasiona - ślady swojego życia - powiedziałem. Pocałowałem ją.

< Caro? >
__________________________________
CD od Caroline

-Kocham cię!
<Will, dokończ>?!



Od Dark Moon'a: Zgromadzenie Posłańców III

Byłem już zmęczony ciągłą podróżą. Przez ten tydzień pokonałem wiele kilometrów, a przede mną było jeszcze kilka dni kłusa. Nieustannie zastanawiałem się co chciała mi powiedzieć Rodzynka. Za każdym razem wmawiałem sobie, że to nic ważnego, ale nie udało mi się siebie przekonać.
Słońce już prawie zaszło, więc zacząłem się rozglądać za dobrym miejscem do odpoczynku. Moją uwagę przykuła samotna wierzba. Jej witki sięgały ziemi tworząc osobliwy baldachim. To miejsce było bardzo charakterystyczne i oznaczało, że moja podróż będzie trwała jeszcze tylko dwa dni. Często spotykałem tu innych posłańców, lecz dziś żaden się jeszcze nie pojawił. Postanowiłem pożywić się przed zmrokiem.
Z niespokojnego snu obudził mnie cichy, lecz wyraźny tętent kopyt. Nie wydając żadnego dźwięku powoli podniosłem głowę i zacząłem uważnie nasłuchiwać. Koń przeszedł do stępa, a następnie się zatrzymał.
- Płacząca wierzbo, czy dasz mi schronienie? - usłyszałem szept.
Już wiedziałem, że to jakiś posłaniec. Wyszedłem spod wierzby i powitałem konia. Był to dereszowaty ogier o smukłej budowie. Na imię miał Serir. Tej nocy na zmianę pełniliśmy wartę.

Od Rodzynki: Utrata i zysk

Layla nie żyje. Alphami zostali Will i Caro. Moja najlepsza przyjaciółka została pochowana koło Mozarta. Stałam nad ich grobami zamyślona. Z oczu płynęły mi łzy. Dark Moon'a nie było od 2 tygodni. Nagle usłyszałam znajomy głos:
- Rodzynko, nie płacz. Jestem z Mozartem, tam gdzie moje miejsce. - podniosłam głowę. Przy mnie stała Layla. A raczej jej duch.
- Ale jak? Straciłam was oboje, więcej mi nie pomożecie...
- Cieleśnie nie, ale duchowo zawsze. Teraz mnie posłuchaj: Dziś w nocy, otrzymasz najpiękniejszy prezent, jaki koń może otrzymać. Tylko dziś. Proszę nie wychodź tej nocy z Sennego Lasu. Inaczej, stanie się coś okropnego!
Nie zdążyłam zapytać co, bo Layla zniknęła. Pozostało mi tylko jej posłuchać...
 ***
Zgodnie z poleceniem zjawy, jak się tylko ściemniło, weszłam do Sennego Lasu i położyłam się w lawendzie. Nic się nie dzieło, więc stwierdziłam, że to wszystko sobie wymyśliłam i zaraz zasnęłam...
 ***
Około północy obudził mnie straszliwy ból brzucha. "Dziecko chce na świat!" pomyślałam. Krzyknęłam z bólu budząc całe stado.Prędko podbiegli.
- Matko, Rodzynko co ci jest!? - zdziwiła się Persefona.
- Niestrawność? - podsunął Roxet
- Ona rodzi! - wrzasnęła Caro. Po godzinie leżały przed nami dwa małe źrebaczki: ogierek i klaczka:



Potem rozważałam nad imionami: najpierw Cleo i Sheldon, potem wybrałam Veronica i Orion. Podeszła do mnie Persefona.

< Persefona? >

Od Persefony: Zawody

Obudziłam się dziś w bardzo dobrym nastroju. Moje serce było przepełnione radością ze względu na spotkanie z Roxetem. Gdy się wyszykowałam wyszłam na dwór. Spotkałam znienawidzoną Valkirię.
- Witaj Persefono!
- Cześć.
- Może...Hmm mam dla ciebie wyzwanie. Jeśli jesteś taka super w wyścigach to wyzywam cię na pojedynek. Ja, ty, Apple i Dark Moon.
Chcę sprawdzić kto zajmie 1, 2, 3 miejsce. Mam nadzieje że zdobędziesz któreś?!
Byłam totalnie zamyślona, Valkira wyzwała na pojedynek mnie, Apple i Dark Moon'a no i oczywiście siebie samą...
- Persefono!, Persefono!!!!
- Tak! Zgadzam się! - odpowiedziałam bez zastanowienia.
- Hahahaha życzę ci powodzenia. Wyścig odbędzie się za 2 dni. Bądź gotowa, albo cię nazwę kapitan super powolny!haha.
- Tak dobrze będę gotowa.
- Cześć!
- Pa...
Gdy Valkira odeszła pobiegłam galopem do Apple zapytać co się stało z Valkirią...

Od Caroline: Theth powraca!

Spacerowałam łąką i nagle zobaczyłam... jego! Theth'a! Odsunęłam się o krok...
- Kogoż to widzimy? Czyżby słodziutką Caroline? - uśmiechnął się z pogardą.
- Czyż to wredny, brzydki i cuchnący Theth?! - udałam, że wcale się nie bałam lecz tak naprawdę...
- Jak śmiesz! - warknął niczym niezniszczalny wilk.
- Aaaa tak! - odwróciłam się i zaczęłam biec przed siebie. "Dawaj, przecież babcia była klaczą wyścigową!" - myślałam zgodnie z prawdą.
- A co jeśli powiem, że Will jest moim więźniem? - Theth był... po prostu bez serca.
Odwróciłam się i powiedziałam krzykiem "W imię Mozarta!!!"- zaczęłam gnać na Theth'a.
- Caro! - krzyknął biegnący w moja stronę Will.
- Za Mozarta! - krzyknęłam po raz kolejny tym razem do Willa.
- Jak Ty to i ja, za tatę! - krzyknął Will, biegnący razem ze mną na czarnoksiężnika.

<Will, dokończ>!
________________________
CD od Willa

Pomyślałem sobie cwałując na Theth'a: "Najwyżej zginę. Zresztą, nie będę nigdy prawdziwym ogierem, bo nie mam ojca, nikogo, kto by mnie nauczył być prawdziwym ogierem. Ale Caro? Ona musi przeżyć! Nie pozwolę, by zginęła".
- Caro! - zawołałem, ale było za późno.
- Will! Ratuj... - rozpaczliwie wołała.
"Co zrobić? Powiedzieć mamie, czy działać na własną rękę?" - pomyślałem z przestrachem - "Zrobię to drugie. Co mi tam, nie pokażę się przynajmniej jako Alpha Słabeusz."
Ruszyłem na Theth'a, ale gdy byłem metr przed nim, teleportował się. Z trudem zahamowałem tuż przed półką skalną.
"Co mam zrobić?" - myśli tego typu cały czas kłębiły się w mojej głowie.
W końcu wskoczyłem na półkę skalną i wędrowałem do jego twierdzy.

***

Dotarłem wycieńczony, wychudzony i ledwo stąpałem. Położyłem się w lesie. Zasnąłem.

***

Obudził mnie cichy szelest. Wyjrzałem między drzewa. Ujrzałem Caro pasącą się. Miała łańcuch na szyi. Theth pilnował ją.
Zastygłem w bezruchu. Byłem już wypoczęty.
Theth zaczął węszyć. Obrócił się w moją stronę. Podbiegł do mnie.
- Myślisz, że się ukryjesz? - spytał z ironią w głosie - Nie odejdziesz stąd żywy. Zapłacisz za swojego ojca.
- Will! Nie... - usłyszałem rozpaczliwe krzyki Caroline.
Rzuciłem się na Theth'a. Nie zdążył uciec przed ciosem. Kopnąłem go w brzuch. On rzucił się na mnie. Zaczęła się walka.

***

Otworzyłem oczy. Czułem gorącą krew spływającą mi do pyska. Próbowałem ruszyć prawą przednią nogą. Nie było jej.
- Will! Ty żyjesz! - krzyknęła z zachwytem.
- Żyję... - szepnąłem słabym głosem.

< Caro? >
___________________________________
CD od Caroline

- Nigdy sobie tego nie wybaczę.... To moja wina.
<Will>?
____________________________________
CD od Willa

- Nie, to nie twoja wina - powiedziałem słabo. Zasnąłem.

Obudził mnie hałas i szamotanina. Podniosłem się.
- Leż spokojnie - usłyszałem głos Toshiko.
- C... Co się dzieje? - spytałem niepewnie.
- Przyszliśmy Wam na ratunek. Wygląda na to, że nie będziesz do końca sprawny.
- Najlepiej byłoby zginąć - powiedziałem z rozpaczy.
Rzuciłem się na Theth'a. Wszyscy mnie zatrzymywali, ale ja walczyłem dalej w końcu opadłem na ziemię.

< Caro? >
______________________________
CD od Caroline

- Och Willl.... - płakałam. -Przepraszam, Cię za wszystko.
- C-caro...line... - wyszeptał.
- Will! Ta niesprawna noga...ona Ci odrosła! - powiedziałam wesoło.
- Proszę to zioła, które Cię uleczą... - mama podała Willowi lekarstwo.
On wypił i wtedy pojawił się duch Mozarta:
- Ja i przodkowie zdecydowaliśmy, że za Twoją odwagę synu już zawsze będziesz sprawny - Ty zaś Caroline jesteś odważna, miła, honorowa i przede wszystkim mądra oraz masz jakiś... zdrowy rozsądek, pozostań taka na wieki - Layla, kochanie.... opiekuj się dziećmi, kocham Cię! - duch Mozarta zniknął.
<Will, co wymyślisz>?
______________________________
CD od Willa

- Szkoda, że taty nie ma z nami. On na pewno by wiedział co robić - powiedziałem smutno.
- Na pewno jest gdzieś tam, w Twoim sercu - powiedziała mama.
- Chodźmy stąd - zaproponowała Caro - Nieprzyjemnie tu.
Wyszliśmy.

***

Wróciliśmy do Sennego Lasu. Podeszła do mnie Caro.
Powiedziała:

< Caro, co powiedziałaś? >
_______________________________
CD od Caroline

-Will..czy my.. czy my jesteśmy przyjaciółmi?
<Will, jesteśmy nimi>?
____________________________
CD od Willa

- Chyba... Chyba kimś więcej - odpowiedziałem nieśmiało.

< Caro? O.O >
_______________________________
CD od Caroline

-Will! Ja od dawna chciałam Ci to powiedzieć.. .

<Will ja...wymyśl coś!>?
________________________________
CD od Willa

Zatkało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nigdy jeszcze nie czułem tak silnego uczucia. W końcu wydukałem:
- K... Kocham Cię.
- Ja Ciebie też - szepnęła.
Trąciła mnie lekko w nos.
Podrzuciłem ją lekko z radości.
- Uważaj na siebie! Jeszcze nie do końca wyzdrowiałeś - zaśmiała się.
Pogalopowaliśmy w stronę Yan Ing, a potem chlapaliśmy się.
Gdy byliśmy całkiem mokrzy, wyszliśmy z wody.
- Brr...

< Caro? >
________________________________
CD od Caroline

-Will...my jesteśmy dorośli! -spojrzałam w nasze odbicie w wodzie.
Ja:
 
A on:


<Will, starzejemy się!>
_________________________________________
CD od Willa

- Słyszałaś, że podobno odkąd tata zginął, mamie podoba się Shadow. Może, skoro jesteśmy już dorośli, żyłaby razem z nim, a my przejęlibyśmy jej obowiązki. W końcu jesteśmy już dorośli - powiedziałem.
Akurat podeszła do nas Layla.
- Mamo, jesteśmy dorośli - krzyknęliśmy z entuzjazmem.

< Layla? >
________________________________________
CD od Layli

- Synku...ja - padłam na ziemię - nie jestem młoda i umieram...- łzy poleciały.
- Mamo - wyszeptała Caroline.
"Jest już taka piękna" - myślałam o Caroline. "A Will tak odważny jak Mozart"...
- Niee! Mamo, nie! - krzyknął Will.
- Dzieci pochowajcie mnie przy Mozarcie...
I nie dokończyłam, bo moje serce przestało bić - "I odpłynęłam w sen wieczny".

Od Caroline: Przyszła Alpha

Stępowałam po łące patrząc w niebo, co nie było zbyt rozsądne. I nagle! ...wpadłam na jakąś klacz. "Uf to mama" - pomyślałam.
- Kochanie, jeśli chcesz być przyszłą Alphą to nie możesz być taka roztrzepana - mama pocałowała mnie w czoło.
- Ja Alphą? - pytam.
- No przecież jesteś moja córką.
- Ale przybraną to Will powinien...
- Przybrane nie przybrane ja i tak kocham cię tak samo równo jak Willa.
- Myślałam, że....
- Już czas.... chodź.
- Mamo!
- No co?
- Może mi powiesz gdzie?
- Tu. - mama pokazała głową na jezioro.
- Aha...
Mamusia Lay nauczyła mnie pływać!

Od Dark Moon'a: Zgromadzenie Posłańców II

Postanowiłem najpierw odszukać Laylę aby poinformować ją o mojej podróży i zapytać o ewentualne sojusze. Klacz pasła się na łące jednocześnie obserwując dwa dokazujące źrebaki.
- Lay, za dwa tygodnie rozpoczyna się Walne Zgromadzenie Posłańców. W tym roku jest dość daleko stąd, więc powinienem wyruszyć jak najszybciej. Masz dla mnie jakieś zadania? Będą tam niemal wszyscy posłańcy, więc mogę porozmawiać o sojuszach...

< Layla? >
_________________________
CD od Layli

- Tak. Powinien tam być taki ogier Shadow, to posłaniec stada mojej przyjaciółki. Popytaj się co i jak z tym sojuszem. A i uważaj na siebie.
- Ok. - ogier kiwnął głową.

<Dark Moon>?
___________________________
CD od Dark Moon'a

Wiedziałem jak wygląda Shadow. Był karym ogierem z dużymi, białymi odmianami na nogach. Całkiem sympatyczny facet.
Stwierdziłem, że wyruszę następnego dnia o świcie. Z Rodzynką pożegnam się już dziś.
Siwa klacz pasła się niedaleko Roxet'a i Persefony.
- Jutro znikam na kilka tygodni. Zgromadzenie posłańców - wyjaśniłem, zanim zapytała.

< Rodzynka? >
________________________________
CD od Rodzynki

Rozumiem. Tylko nich ci żadna nie wpadnie w oko bo... - pogroziłam mu i się roześmiałam - Em... Dark?
- Tak? - zapytał.
- Bo... Ja muszę ci coś powiedzieć.
- Co?
- Bo ja...
- Dark! Idziesz już!? - usłyszałam Laylę.
- Powiesz mi jak wrócę. Cześć.
- Na razie. - powiedziałam cicho.
Dark ruszył. Westchnęłam smutno.
- Czeka cię miła niespodzianka, kiedy wrócisz. - mruknęłam do siebie. Podeszła do mnie Layla.
- Cześć, Rodzynko. Czemu jesteś smutna? Bo Dark Moon pobiegł na to zebranie? Nie martw się, wróci.
- Ja wiem tylko... - westchnęłam - Nie zdążyłam mu powiedzieć, że... - urwałam
- Że co? - zaciekawiła się
- Że jestem w ciąży.

<Layla?>
_____________________________
CD od Layli

- Super, Caroline i Will będą mieć kolegę.
- Lub koleżankę - dodała przyszła mama.
- Ale... jeśli Dark Moona przyprowadzi córkę?

<Rodzynko, co będzie?>
__________________________________
CD od Rodzynki

- To nic. Nie wygonię przecież jego córki.

< Layla? >
____________________________________
CD od Layli

- No wiem... ale chodzi o stosunki między tobą  jego córką.

<Rodzynko?>
_______________________________________
CD od Rodzynki

- Wiem, że będą hm... Napięte i nigdy nie zastąpię jej mamy. Wiadomo przecież, że nowe partnerki ojców nie są mile widziane, ale... Postaram się z nią nawiązać jak najlepsze stosunki. I boję się również o dziecko...Wątpię by Aronia je polubiła. Ale będzie musiała przeboleć. Mam nadzieję, że zrozumie w końcu jest dorosła...

 <Layla?>
________________________________________
CD od Layli

- Ona straciła matkę i ojca a potem znowu odzyskała ojca i zastanie go z nową partnerką i nowym przybranym rodzeństwem.... Hm.... obawiam się, że się zbuntuje.... A może zareaguje  jak zrównoważona i rozsądna klacz?

<Rodzynka, jak myślisz>?
_______________________________________
CD od Rodzynki

- Mam nadzieję, że to drugie. A może w ogóle jej nie znajdzie...

 < Layla? >
______________________________________
CD od Layli

-Może.
<Rodzynko>?
_____________________________
CD od Rodzynki

- Ale jeśli ją znajdzie obie będziemy się musiały przystosować... - zamyśliłam się. Usłyszałam trzask. Gdy się odwróciłam z lasu wybiegli Will i Caro.
- Will, Caroline, dorośli rozmawiają!. - skarciła Layla.
- Niech zostaną. - uspokoiłam - Dają mi świadomość, że dam radę.
- A z czym ciociu? - zaciekawiła się Caro.
- Caro! - jęknęła Layla.
- Będę miała źrebaczka, wiesz? - uśmiechnęłam się.
- Ale fajnie! - ucieszyła się mała.
- A ty, Will cieszysz się? - zapytała Layla.

< Will? >
___________________________________
CD od Willa

- Nie za bardzo... - odpowiedziałem nieśmiało.
- Czemu? - spytała się ciocia.
- Bo... Bo czuję, że jestem taki... Samotny - odpowiedziałem.

< Rodzynka? >
__________________________________________
CD od Rodzynki

- Samotny? - zdziwiłam się - Przecież masz Caro. A gdy się urodzą będzie jeszcze więcej towarzystwa!

 Will?
_____________________________________
CD od Willa

- Wiem, że będzie jeszcze więcej, ale czuję się samotny, bo jestem jedynym ogierem w tym towarzystwie i nie nauczę się takiej wytrwałości, odwagi itp. jeśli będę przebywać z klaczami - odpowiedziałem.
- Klacze też takie są - odpowiedziała buntowniczo ciocia - Ale, to prawda, w innym stopniu.
- No właśnie. A ja nie jestem klaczą.  I chcę się nauczyć jak być ogierem. Prawdziwym ogierem.
- Wiem. Ale musisz się z tym pogodzić, że nie masz ojca.
- Pogodziłem się. Tylko chcę zostać ogierem.

Od Caroline: Odrodzenie

Nie mogłam zasnąć, wyszłam więc przed miejsce, w którym spaliśmy (całe stado). Popatrzyłam w piękne, nocne niebo. Księżyc przypominał oczy mojej mamy prawnej - Lii.Ale byłam tak ciekawa Gór Theth, że tam poszłam, sama! Stanęłam na szlaku górskim i zobaczyłam odradzającego się Theth'a! Pobiegła z całych sił obudzić mamę i Willa!
- Mamo! Will! Theth się odradza! - krzyknęła jednocześnie wszystkich budząc.
Całe stado po kilku sekundach stało na równych nogach.
- Caro..Dobrze, że to zobaczyłaś. A tak właściwie dlaczego poszłaś tam sama? - zapytała mama Layla.
- Pomyślałam, że skoro Theth nie żyje, będzie bezpiecznie.
- Tam nigdy nie jest bezpiecznie... - popatrzył na mnie Will.
- Jestem nowa... - odpowiedziałam.
- Caroline... - popatrzył na mnie Will.
- No co?! - zapytałam.

< Will >
___________________________
CD od Willa

- Chodź, pokażę Ci coś - szepnąłem do niej.
- Co? - spytała.
- No chodź! Tylko zamknij oczy.
Poszliśmy. Zaprowadziłem ją na wielką polanę, otoczoną krzewami róż.
- To jest najlepszy punkt obserwacyjny na całym naszym terenie.
- Wow... - zachwyciła się Caro.
- Patrz - szepnąłem.
Wskazałem gwiazdozbiór przypominający pegaza.
















- To mój tata. Na pewno jest gdzieś tam. Wierzę w to - powiedziałem.
- Tam są wszyscy, którzy odeszli z naszego świata - dodała Caro.
- Fakt.
Patrzyliśmy jeszcze długo w gwiazdy.

< Caro? >
_____________________________
CD od Caroline

- Will...
- Tak?
- Czy... tęsknisz za ojcem?
- Nie widziałem go ale tęsknię..
- Ja za moim też... Pewnie patrzą na nas oboje...
- Tak...
Rozmawialiśmy długo co nas jeszcze bardziej ze sobą związało.

Od Caroline: Początki

Bardzo polubiłam a właściwie pokochałam Willa i mamę - Laylę. Przygarnęli mnie, pomogli. Ale wciąż nie mogłam zapomnieć o moich prawnych rodzicach. Mama Lia,

 http://photos.nasza-klasa.pl/47571050/6/main/a8a33f7767.jpeg

I tato, Shady
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEh2iAAcCafFcSseb_3Cll7eGcRFKxuSpijnUQOxM5sdDEZoOaEW0lRTwxY32-Fny7lFBFFiEajZ5SuaMUS_kVZp7bTwnDjd05PfzyaUULJbOdjcRd6WREMS8e90ffusYH0Sb014fnmdvHs7/s1600/blog_ts_5060849_7851709_tr_stallion20-20arab.1133125057.2b5727c1b7d5d73761ca41113211cce4.jpg

Zabili ich ludzie.. a ja zostałam sama. Potem znaleźli mnie mama i Will. Stado mnie zaakceptowało a ja poczułam się tu dobrze.  Najbardziej jednak zaciekawiła mnie historia Mozarta- ojca Willa. Pewnego wieczoru biegaliśmy razem ale starsze konie niby skubały trawę a jednak nas pilnowały. Jutro mama obiecała, że pokaże nam obowiązki Alphy. I fajnie.

Od Willa: Spacer

Trąciłem mamę moimi małymi chrapkami w pysk.
- Mamo, pobudka! - powiedziałem radośnie.
- Jeszcze chwila - powiedziała z ociąganiem.
Po chwili wstała. Napiłem się mleka, podczas gdy ona skubała spokojnie trawę.
- Willu, chodź na spacer.
- Dobrze mamo - odpowiedziałem.
Poszliśmy w Góry Dolin.
- Mamo, jak zginął tata? - spytałem ze smutkiem.
- To długa historia, ale dobrze, opowiem Ci. Musisz wiedzieć. Pewnego dnia tata zauważył, że kwiaty i cała roślinność na terenach trochę dalszych jest pokryta lodem. To znaczyło, że zły czarnoksiężnik Theth stworzył jakąś tam mroczną księgę. Więc poszedł do jego zamku wraz z Rodzynką. Rodzynka zniszczyła księgę, a on pokonał Theth'a. Niestety, doznał sporych obrażeń. Gdy wrócili, następnego dnia zmarł.
- Jak to? Czemu? - spytałem ze smutkiem, a także z odrobiną złości.
- Obrażenia były zbyt poważne. Ale to, czego miał Cię nauczyć tata, nauczy Cię Rodzynka, ponieważ ona z nim chodziła na wyprawy.
- Naprawdę? - zdziwiłem się.
- Tak. Tak powiedział Mozart - Layla westchnęła.
Doszliśmy do okrągłej polany, otoczonej lasem liściastym.
Pośrodku polany leżał jakiś ciemny kształt.
Pocwałowałem niezdarnie w tamtą stronę.
Jak się okazało, ten kształt był źrebakiem.





















- Jak się nazywasz? - spytałem.
- Caro... Caroline - odpowiedział źrebak.
- Ja jestem Will - odpowiedziałem.
- Dalmatyńczyk - zaśmiała się Caro.
- No może i trochę - przyznałem.
Uśmiechnęła się.
- Skąd się tu wzięłaś? - spytałem.
- Tutaj się urodziłam. Moi rodzice tu zginęli. Ludzie ich zabili. Tutaj też umrę.
- Czemu?
- Bo nie mam co jeść, nie mam rodziców.
- To chodź z nami, mama na pewno się zgodzi.
- Ta klacz? - ruchem głowy wskazała moją mamę.
- Tak, ona.
Podbiegliśmy do niej.
- Mamo, to jest Caro...line - przedstawiłem ją - Nie ma rodziców. Czy może mieszkać z nami? - spytałem.
- Ależ oczywiście! Od teraz jesteś moją córką - mama uśmiechnęła się do Caro.
- Możemy już iść? - spytała Caro.
- Jasne.
Wróciliśmy na Łąkę Rozmaitości. Wzrok wszystkich padł na Caro.
- To jest Caro, moja adoptowana córka, przybrana siostra Willa - przedstawiła ją wszystkim Layla.

Od Layli: Syn

Will spał smacznie przy mnie a ja chroniłam go przed deszczem - padało.
- Mamo... - obudził się.
- Tak synku?
- Dlaczego ja nie mam taty? - zadał mi to... trudne pytanie.
- Kochanie, tatuś zmarł... Ale jestem pewna, że tam na górze... - spojrzałam w niebo. - ...że tam jest i na nas patrzy i nas kocha. - znów zaczęłam ronić łzy.
- Jaki on był... znaczy tato, jak się nazywał?
- Mozart... był taki silny, mądry... Odważny, kochany...
Will nic nie odpowiedział ale przytulił się do mnie. Podeszła do nas Rodzynka:
- A to jest przyjaciółka taty. - powiedziałam pokazując na Rodzynkę.
- Cześć Will, jestem Rodzynka - uśmiechnęła się źrebaczka.
Will na początku schował się za mnie ale potem odpowiedział:
- Cześć...

Od Persefony

- Miło mi cię spotkać! - odrzekł [Roxet]
- Ciebie też!
- Może pobiegamy?? - zapytał
- Z wielką chęcią!. Kto pierwszy wygrywa, kto ostatni sprząta stajnie!!haha
- Oszty! Na pewno wygram!haha
Oczywiście ja wyszłam na prowadzenie, a Roxet został w tyle. Biegłam jak szalona aż wbiegłam na małe wzniesienie triumfalnie stanęłam dęba kpiąc z przeciwnika. Gdy dobiegł zapatrzył się na mnie zauroczonym wzrokiem...

< Roxet? >

Od Dark Moon'a: Zgromadzenie Posłańców

Z niecierpliwością wpatrywałem się w zachodzące słońce. Dziś na niebie ukażą się znaki, które powinien rozpoznać każdy posłaniec. Informowały one o miejscu i porze walnego zgromadzenia. Zastanawiałem się czy zobaczę tam Bellę. Może w innym stadzie została posłańcem?
Kątem oka spoglądałem na Willa. Ogierek już pewnie się poruszał, lecz nie można było jeszcze do niego podchodzić. Nadal trwała faza poznawcza z matką, w której źrebię musi poznać zapach swojej rodzicielki. W innym przypadku mógłby ją pomylić z inna klaczą. Szkoda, że Mozart nie może zobaczyć wybryków młodego taranta.
Wreszcie zrobiło się wystarczająco ciemno abym mógł zacząć wypatrywać znaków. Na początku powinno być kilka sygnałów, które nic nie znaczą aby zwrócić uwagę posłańców. Miałem rację. Gdy zaczęto nadawać wiadomość mocno się skupiłem, aby nic nie pomylić.

Od Dark Moon'a

Ze smutkiem patrzyłem na snującą się samotnie Laylę. Klacz załamała się po śmierci Mozarta. Chciałem ją pocieszyć, ale dobrze wiem jak to jest stracić kogoś bliskiego.
Moja rodzina została rozdzielona. Podczas jednej z misji dostałem informację o śmierci Arytmii. Wcześniej miałem nadzieję, że uciekła od okrutnych ludzi. Nadal nie wiem co się stało z moją córką. Nie poznałem nigdy szybszej klaczy, więc ciągle karmię się nadzieją, że uciekła.
- O czym tak rozmyślasz? - zapytała mnie Rodzynka, która pojawiła się znikąd.
- O Mozarcie, Layli, Arytmi i Aronii...
- Aronii? - zdziwiła się klacz - Nigdy o niej nie słyszałam.
- To moja córka - wyjaśniłem krótko.

< Rodzynka, dokończysz? >
________________________________________
CD od Rodzynki


- Córka. - powtórzyłam jak echo. A więc Dark Moon miał partnerkę... Nic o tym nie wiedziałam. Zapadła cisza. Po chwili zapytałam:
- Tęsknisz za nią?
- Niby za kim? - zdziwił się.
- No... Za swoją byłą partnerką.

< Dark Moon? >
__________________________________
CD od Dark Moon'a

- Już się pogodziłem z jej śmiercią - odpowiedziałem zgodnie z prawdą - Poza tym teraz mam ciebie.
Trąciłem ją nosem i spojrzałem jej w oczy.
- Chyba nie jesteś zła, że ci nie powiedziałem, co?

< Rodzynka? >
________________________________________
CD od Rodzynki

- Nie. - uśmiechnęłam się. - Nawet doceniam to, że nie boisz się mi o sobie opowiedzieć, nawet jeśli odpowiedź jest dla mnie niewygodna. To znak, że mi ufasz.

< Dark Moon? >
______________________________________
CD od Dark Moon'a

- Masz rację, ufam ci - powiedziałem.
Przytuliłem się do niej, szczęśliwy, że zrozumiała.
- Aronia też nie żyje? - zapytała po chwili.
- Nie mam pewności. Niedługo będzie walne zgromadzenie posłańców, może tam się czegoś dowiem.
Rodzynka stała przez chwilę zamyślona, a później zapytała:

< Rodzynka, o co zapytałaś? >
______________________________________
CD od Rodzynki

- Jeśli ją znajdziesz to co z nią zrobisz? - zapytałam.

< Dark Moon? Wybacz, krótkie wiem. >
______________________________________
CD od Dark Moon'a

Popatrzyłem zdziwiony na Rodzynkę.
- A co mam zrobić? Sama zdecyduje, jest już dorosła. Jeśli przeżyła to pewnie dołączyła do jakiegoś stada.

<Rodzynka?>
______________________________________________
CD od Rodzynki

- Aha. - odpowiedziałam. Zapadła cisza.
- Idziemy na spacer?  -przerwałam ją.

< Dark Moon? >
____________________________________________
CD od Dark Moon'a

- Czemu nie?
Chodziliśmy po Bajecznej Łące podziwiając kwiaty, a później poszliśmy nad rzekę. Tego dnia między nami można było wyczuć pewne napięcie, którego zazwyczaj nie było. Miałem nadzieję, że to tylko chwilowe...

Od Layli: Spotkanie

Nadeszła noc.
Stałam nad grobem Mozarta... Zebrałam kwiaty i mu dałam... na grób.  Moje łzy ciągle zamieniały się w kryształki! Nazbierałam i postanowiłam dać mojemu synkowi gdy go urodzę. Usłyszałam głos Mozarta:
- Laylo nie smuć się... Ja   zawsze  będę w Twoim sercu żył..
- Kocham Cię..
Długo rozmawiałam z duchem Mozarta.

piątek, 18 kwietnia 2014

Od Layli: Śmierć Mojego Serca

-Layla! - podbiegła do mnie Rodzynka z płaczem.
-Co?
-Mozart... on się...
-Chyba nie chcesz powiedzieć, że on...
-Taaak...
Moje serce umarło razem z nim... Zaczęłam płakać, po chwili padłam na ziemię...
-Skoro on umarł a to ja też, będę mogła być razem z nim....
-Layla! Nie! A wasz syn?! Musisz żyć dla niego!
-To jedyny potomek Mozarta.. to mi po nim zostało!
-Właśnie...
Ja i Rodzynka przytuliłyśmy się coraz bardziej roniąc łzy...
-Laylo... Rodzynko coś nie tak? -zapytał Dark Moon.
-Mozart... zmarł- wykrztusiłam, nie zauważając, że łzy moje i Rodzynki (które spadły na ziemię) zaczęły zamieniać się w kryształki, białe...
-Taki mi przykro...-popatrzył na nas z...
Długo staliśmy w smutku.. Następnie poszłam do zmarłego ciała Mozarta zrobiłam grób... i przed tym mocno go przytuliłam.. Nadal go kocham.

Od Mozarta: To koniec...

Obudziłem się. Z rany krwawiło jeszcze mocniej niż po walce z Theth'em.
- Tego nigdy nie uleczę - pomyślałem.
Zauważyłem jakiś ruch. To była budząca się Rodzynka. Podeszła do mnie.
- Jak się czujesz? - spytała.
- Dobrze - powiedziałem, stękając z wysiłku.
- Czyli źle - zaśmiała się sztucznie.
- Posłuchaj - szepnąłem do niej - Layla ma niedługo urodzić syna. Mój czas się skończył. Naucz go odwagi, takiej jaką masz Ty. Naucz go wszystkiego, czego nauczyłaś mnie...
- Przecież ja Ciebie niczego nie nauczyłam - przerwała mi ze łzami w oczach.
- Nauczyłaś. Nauczyłaś tego, ze klacze są uparte i ze nie należy z nimi zadzierać - uśmiechnąłem się.
Upadłem na ziemię.
- Mozart? Wszystko ok? - spytała z przestrachem.
- Tak - szepnąłem jeszcze ciszej - pamiętaj o moim synu... - powiedziałem.
Zamknąłem oczy. Rana krwawiła jeszcze mocniej niż tuż po obudzeniu.
Pomyślałem o Rodzynce. I o moim synu.
- Syn... Będzie się... Nazywać... - ledwo to powiedziałem.
- Jak? - spytała Rodzynka ze łzami.
- W... Will - odpowiedziałem, krztusząc się krwią.
Zamknąłem oczy. Uśmiechnąłem się na myśl o Rodzynce i Willu.
Usłyszałem jeszcze, jak Rodzynka zaczęła spiewać:
Usłyszałem płacze i krzyki rozpaczy.
I odpłynąłem w sen wieczny.

< Rodzynka? >

Od Layli: Zmartwienie

Niespokojnie skubałam trawę, patrząc na zachmurzone niebo. Bałam się o Mozarta i... Rodzynkę.  Podeszła do mnie Persefona:
-Laylo?- zapytała. 
-Tak? 

<Persefona, dokończysz?>

Od Becka: Jak tu dotarłem.

Byłem ojcem...partnerem...i wszystko straciłem...ale muszę żyć dalej... Pewnego urokliwego dnia galopowałem przez nie znane mi dotąd tereny. Jak zwykle...żadnych koni na łące.
- No trudno...nie ma nikogo... - pomyślałem.Nagle podeszła do mnie klacz.
Spodobała mi się.
- Cześć jestem Persefona - przywitała się
- Hej jestem Beck - odpowiedziałem na przywitanie - Czy należysz do jakiegoś stada? - zapytałem
- Tak. A ty? - zapytała Persefona.
- Ja nie szukam takiego... może zaprowadzisz mnie do Alph?
- Dobrze! - powiedziała i pogalopowaliśmy do lasu. Tam było pełno koni. Powiedziała gdzie stoi Alpha. Podszedłem bliżej.
- Witam
- Witaj przybyszu. Czy chcesz dołączyć do mego stada?
- Oczywiście! - odpowiedziałem. I zacząłem skubać trawkę.

Od Rodzynki: Wyprawa w Góry Theth

Kiedy usłyszałam o wyprawie Mozarta natychmiast do niego pobiegłam.
- Nie idziesz chyba beze mnie! - krzyknęłam
- Rodzynka!? Gdzie mam iść...?
- W góry Theth.
- Tam cię na pewno nie zabiorę.-zaprotestował.
- Potrzebujesz Delty, żeby ci doradzała.
- Layla potrzebuje Delty.
- Jest Malaga!
- Potrzebuje dwóch Delt. A poza tym, nie wybaczył bym sobie, gdyby coś ci się stało.
- Ale Mozart!
- Nie, to moje ostatnie słowo.

< Mozart? >
__________________
CD od Mozarta

- Poczekaj tu chwilę - powiedziałem jej.
Poszedłem do Layli.
- Niech idzie - powiedziała.
Wróciłem do Rodzynki.
- Layla się zgadza. Tylko masz wrócić cała! - zaśmiałem się.

< Rodzynka? >
_____________________
CD od Rodzynki

- Naprawdę, mogę!?
- Nie wierzysz mi? Chyba się obrażę! - zaśmiał się Mozart - Tylko żebyś mi nie doradziła skoku z przepaści!
- Spokojna twoja nieuczesana. Kiedy ruszamy?

< Mozart, kiedy? >
_______________________
CD od Mozarta

- A kiedy możesz? Najlepiej od razu. Zresztą ja już miałem ruszać.
- To chodźmy - ucieszyła się Rodzynka.
Wyruszyliśmy. Po drodze Rodzynka się mnie spytała:

< Rodzynka, o co się spytałaś? >
________________________
CD od Rodzynki

- Tak zasadniczo na czym polega nasza misja?
- Weź mnie Rodzynka nie osłabiaj.
- No na czym?

< Mozart, zaspokój ciekawość niewinnego, krwiożerczego źrebaczka:3 >
___________________________
CD od Mozarta

- Musimy zniszczyć Lodową Księgę Theth'a, którą skończył pisać. Są w niej zapisane zaklęcia, które działają do końca żywotu księgi - wytłumaczyłem niewiedzącej Rodzynce.
- Aha - powiedziała, wspinając się na półkę skalną.
- A tak przy okazji - powiedziałem ot tak - Wiesz, że Dark Moon Cię kocha? - spytałem.

< Rodzynka? >
_______________________
CD od Rodzynki

Gwałtownie się zatrzymałam.
-Mówił, że mu się podobam, ale, że mnie kocha...-mówiłam bardziej do siebie niż do niego.-Skąd to wiesz?

<Mozart, skąd to wiesz?>
______________________
CD od Mozarta

- Posłuchaj: Jeśli zarżę, uciekasz. Nieważne, czy ja bym miał zginąć czy nie. Uciekaj. Jeśli by Ci się coś stało, to dostanę taki ochrzan od Layli... - powiedziałem.
- I co dalej? Jaki jest plan? - przerwała zniecierpliwiona Rodzynka. 
- Wejdziemy do środka. Ty poszukasz Księgi. Powinna być gdzieś na wierzchu. Jak ją znajdziesz, to parsknij. Ja tymczasem rozprawię się z Theth'em. Nieważne, co będziesz słyszała, zostań przy księdze. Gdy ją ujrzysz, otwórz ją w połowie, czyli na stronach 150 - 151. Wtedy połóz w samym środku ten kamień - wyjąłem z mojego bagażu to: 












- Gdy zobaczysz, że księga się świeci, uciekaj. Jeśli będziesz miała kłopoty, zarżyj. Jakieś pytania? - dokończyłem. 
Odpowiedziała mi cisza. 
- Nie? No to do boju! - odpowiedziałem na chwilę milczenia. 



< Rodzynka? >

Od Layli: Nie tak

Siedziałam sama w górach płacząc. Wszyscy traktowali mnie jak powietrze, okrutną klacz, która zostawiła stado ale potem powróciła. Było mi tak przykro. Nagle usłyszałam kroki, to Malaga.
-Layla... Co się dzieje?
-Sama wiesz... nikt mnie tu nie chce...
-To nie prawda. Layla... Przecież jesteśmy przyjaciółkami!
-Tak ale... Ja muszę odejść, Mozart i tak mnie nie kocha, nic mnie tu nie trzyma!
-A ja...
-No to tylko ty!
-Nieee! Chodź idziemy pobiegać!
-Ym...
-Nie gadaj, tylko chodź!
Zaczęłyśmy niewinnie galopować. Ale to mi humoru nie poprawiło. Podeszłam do Mozarta. patrząc mu smutno w oczy.

<Mozart, dokończ proszę>
_________________________
CD od Mozarta

- Nie smuć się - nie pytałem się o co chodzi, bo wiedziałem. Przytuliłem ją.
- Ty tak nie miałeś, więc nie wiesz, jak się czuję - powiedziała buntowniczo.
- Miałem o wiele gorzej. Moje narodziny spowodowały jeszcze gorsze rzeczy - powiedziałem smutno.
- W sumie racja - odpowiedziała.
- Chodź na Bajeczną Łąkę. Poprawi Ci się humor.
- Chyba tak - uśmiechnęła się słabo.
Poszliśmy. Zerwałem ogromny, krwistoczerwony kwiat i wsadziłem Layli za ucho.
- Wyglądasz jeszcze piękniej - szepnąłem jej do ucha.

< Layla? >
__________________________
CD od Layli

-Dziękuję-również szepnęłam.
Uśmiechaliśmy się do siebie jak dawniej. Było mi weselej, lepiej.

<Mozart>?


Od Rodzynki: Walka z czarownikiem

Strome skały, brak odpowiedniej ilości roślinności plus coraz mniejsza ilość tlenu czyniła wędrówkę torturą, ale sobie radziliśmy. Nie rozmawialiśmy o Dark Mooni'e i starałam się o nim nie myśleć. Zbyt tęskniłam. Niedawno uświadomiłam sobie, że mogę nie wrócić. Pojawiły się wątpliwości, czy dobrze zrobiłam. Mozart bardzo mnie wspomagał. Fizycznie i psychicznie. Pomagał mi wejść na wysokie półki, pocieszał.
Po tygodniu marszu dotarliśmy do bram zamku Theth'a...

< Mozart, dokończ. >
______________________
CD od Mozarta

- Posłuchaj: Jeśli zarżę, uciekasz. Nieważne, czy ja bym miał zginąć czy nie. Uciekaj. Jeśli by Ci się coś stało, to dostanę taki ochrzan od Layli... - powiedziałem.
- I co dalej? Jaki jest plan? - przerwała zniecierpliwiona Rodzynka. 
- Wejdziemy do środka. Ty poszukasz Księgi. Powinna być gdzieś na wierzchu. Jak ją znajdziesz, to parsknij. Ja tymczasem rozprawię się z Theth'em. Nieważne, co będziesz słyszała, zostań przy księdze. Gdy ją ujrzysz, otwórz ją w połowie, czyli na stronach 150 - 151. Wtedy połóz w samym środku ten kamień - wyjąłem z mojego bagażu to: 












- Gdy zobaczysz, że księga się świeci, uciekaj. Jeśli będziesz miała kłopoty, zarżyj. Jakieś pytania? - dokończyłem. 
Odpowiedziała mi cisza. 
- Nie? No to do boju! - odpowiedziałem na chwilę milczenia. 

< Rodzynka? >
____________________________
CD od Rodzynki

Weszliśmy po cichu. Mozart pobiegł szukać Theth'a, a ja księgi. Wpierw sprawdziłam salon. Nie było. Zobaczyłam podwójne drzwi na końcu długiego korytarza. Podbiegłam do nich. O dziwo, były otwarte i nie skrzypiały. Czyżby Theth był aż tak pewny siebie? Sala była ogromna, a pośrodku stała tylko podstawa, na której była wielka księga. Od samego patrzenia zrobiło mi się zimno. Była w kolorze błękitu.Ale nie przyjemnego błękitu nieba, tylko... Zimnego błękitu lodu. Gdy podeszłam zrobiło mi się wręcz lodowato. Parsknęłam najgłośniej jak mogłam. Otworzyłam zgodnie z poleceniem na stronach 150-151 i wyjęłam kamień. Zrobiło się ciepło. Ale on nie był ogrzany,on był...ciepły sam z siebie. Zupełnie jakby.... ż y ł. Położyłam go na środku. Najpierw rozbłysł kamień, potem księga. Zaczęłam uciekać. Rżałam ile miałam sił, ale Mozart się nie zjawiał wybiegłam z zamku i schowałam się za skałą. Rozbłysło światło. Zamek przestał istnieć.
-Mozart!-krzyknęłam ze łzami w oczach. Skuliłam się. Czułam, że to już koniec. Mozart był jak brat... Usłyszałam jęk. Bałam się wyjść, ale to zrobiłam. Na ziemi leżał ciemny kształt...
-Mozart! Ty żyjesz!-podbiegłam do niego i go przytuliłam.
Znów jęknął.
-Och, wybacz. O, matko, ty jesteś ranny!-wskazałam na ranę w boku.
-W torbie są zioła i bandaże.-powiedział. Wyjęłam je i opatrzyłam go.
-Aaa Theth? Czy on...? Czy to koniec?
Pokręcił głową.
-Za parę lat się odrodzi. Teraz chodź, musisz mi pomóc.
-Z ranami droga będzie o wiele dłuższa,..
-Powroty zawsze są krótsze-pocieszył mnie i wstał. Po jeszcze dłuższym czase w końcu dotarliśmy. Layla podbiegła.
-Mozart! Co ci jest!?
Pokręcił głową.
-To nic.
-Aaa, a księga? Zniszczona?
-Zniszczona.-odpowiedziałam.
-Rodzynka wróciła!?-usłyszałam znajomy, dawno nie słyszany głos.
-Dark Moon.-szepnęłam.

< Dark Moon? Mozart, kto dokończy? >

Od Layli: Wróg

Spokojnie skubałam trawę razem z  Rodzynką. Usłyszałam szelest.
- Diamond Raisin!  Słyszałaś to?
< Rodzynka, kończy >
______________________
CD od Rodzynki

- Taak... Ale co to może być, Laylo?- pomimo wyborów na klacz Alpha miałyśmy dobre stosunki.
- Nie mam pojęcia, więc lepiej to sprawdźmy.
Zaczęłyśmy podkradać się w stronę szelestu. Okazało się to... Ciotką Ecruie! W jednej chwili poczułam ulgę, zdziwienie, gniew i nienawiść. Ulgę, bo to nie drapieżnik, zdziwienie, bo to ciotka Ecruie, a nienawiść i gniew, bo... To ciotka Ecruie. Była spętana siecią. I najchętniej bym ją zostawiła. Więcej! Rzuciła pumom. Ale Layla nic o ciotce nie wiedziała i ze współczuciem zaczęła:
- Biedaczko, co się stało?
Ciotka parsknęła gniewnie:
- Nie twój interes g*****ro.
- A to za co!?
- Przyjaciele moich wrogów są moimi wrogami..
- O przepraszam, masz tu jakichś wrogów!?- oburzyła się Layla. Ecruie wskazała na mnie łbem.
- Jak śmiesz obrażać naszą Alphę, Ecruie!?- krzyknęłam na nią.
- Jak śmiesz jeszcze żyć!? Zostawiłam cię wieki temu...
- Trochę ponad rok temu. Porwały mnie Driady, a po roku dotarłam tu. Jakieś pytania?- zapytałam chłodno.
- Jedno. UWOLNICIE MNIE W KOŃCU DO CHOLERY JASNEJ!?.
- Oczywiście, najdroższa cioteczko.

< Layla? >

Od Rodzynki: Nowa klacz

Usłyszałam o nowej klaczy i poszłam się przywitać. W Sennym Lesie leżała srokata klacz.
- Cześć, jestem Rodzynka, a ty?
- Persefona. Rodzynka, czyli...?
- Diamond Raisin. Ale nie lubię, kiedy tak do mnie mówią. Jestem Rodzynka i już.
- Idziemy pobiegać?-zapytała
- Jasne, chętnie.
Gnałyśmy przez Łąkę Rozmaitości, aż do podnóży Gór Dolin. Podem wspinałyśmy się na szczyt najwyższej góry w tym paśmie- Big Rosie. Na szczycie padłyśmy zmęczone, ale usatysfakcjonowane wejściem.
- Persefona? - zaczęłam
- Hę? - jęknęła.
- Masz kogoś na oku?
- Tak Beck'a, a co?
- Pytam się tylko.
- A ty?
- Dark Moon'a. Zauważyłaś, że zawsze klacze się zakochują w ogierze, który je zaprosił do stada?

< Persefona, zauważyłaś? >

Od Layli: Powrót

Odeszłam ale bardzo tęskniłam za Mozartem. To przecież miłość mojego życia. Zaczęłam podążać na tereny stada by wrócić. Cały czas była ze mną Molly - jaskółka, moja przyjaciółka. Słońce znów było zielone jak wtedy gdy ja i Mozart założyliśmy Stado Zielonego Słońca. Po chwili on do mnie podbiegł:
- Layla, kochanie...
- Mozart! - przytuliłam się do niego.
- Skarbie...
- Mogę wrócić jako Alpha?
- Oczywiście!
I wróciłam.

Od Mozarta: Przeszłość

Otworzyłem oczy. Przede mną stała moja mama, siwa klacz o szmaragdowych oczach. Zarżałem. Wstałem. Po kilku krokach upadłem na pełną kwiatów łąkę. Nagle usłyszałem głos. To był mój ojciec.
- Dasz radę mały - powiedział.
Odwróciłem się do tyłu. Za mną stała piękna już za młodu, izabelowata klacz.
Parsknąłem.
- Jak się nazywasz? - spytała.
Popatrzyłem na moich rodziców. Uśmiechnęli się.
- Mozart - odpowiedział tata - na cześć mojego przyjaciela, który zginał w walce za tego - ściszył głos - durnego, parszywego władcę.
Mój tata ciężko harował, abym mógł żyć, zaś mama służyła Alphie.
Moi rodzice nie mieli ważnych pozycji, byli biedni. Mama nie była dość młoda, ale nie była też stara. Była wychudzona, krucha. Mój tata zaś był potężny i silny.
- Mój mały... - powiedziała mama - Jesteś naszym Skarbem - szepnęła mi na ucho.
- Zda się na coś? - spytał ze wzgardą Margon, Samiec Alpha.
- Nie wiadomo - odpowiedział jego asystent.

***

Wyrosłem. Miałem już dwa miesiące. Moi koledzy się ze mnie śmiali, a jednak ona była wciąż przy mnie. Piękna izabelowata klacz - Layla. Zaprzyjaźniliśmy się.
- Nie zadawaj się z nią, żebraku - drwił ze mnie Orllen, młody Alpha - Nie stać Cię na jej miłość!
Patrzyłem na niego gniewnie. Był moim wrogiem od urodzenia.
- Ślicznotko, chodź do mnie! - wołał Orllen do Layli - Jego nawet nie stać na miłość!
Pogalopowałem w stronę Perlistych Łąk.
Słyszałem za sobą głos Layli, lecz parłem na przód.
Odkąd mój ojciec zginął za wyrażanie swoich opinii o Alphie (mógłby chociaż raz ruszyć ten swój spleśniały zad, a nie siedzieć w bezpiecznej twierdzy i patrzeć, jak inni za niego walczą; jest tak zarozumiały, że powinien przeczytać wszystkie książki świata, jest także tak chamski, że morduje tych, którzy nie chcą mordować innych za niego; ten jego zad jest tak tłusty, że nawet świnia jest chudsza; itp.; itd.) Orllen uważał, że moja rodzina "psuje gatunek", a także, że "potomkowie potworów powinni od razu ginąć".
Byłem młody, lecz już upadłem.
- Nie przejmuj się nim - mówiła Layla - To jego nie stać na miłość.
I tak jej nie wierzyłem.

***

Gdy miałem już pół roku, w stadzie nie dało się przeżyć. Alphy były surowe, za każde wykroczenie było wygnanie.
Wziąłem ze sobą moje rzeczy (było ich niewiele) i wyruszyłem. Poszła ze mną Layla.
Gdy wyruszyliśmy, poczułem za obowiązek chronić Laylę. Wędrowaliśmy chyba dwa i pół roku.

***

Obudziłem się. Byliśmy w lesie.
- Te tereny są idealne do zamieszkania. Możemy tu założyć stado... - powiedziałem do Layli.
- A jak je nazwiemy? - spytała.
Popatrzyłem się w niebo. Byliśmy w lesie. Popatrzyłem na słońce. Zza drzew było zielone.
- Stado Zielonego Słońca - odpowiedziałem pewnie.

Od Persefony: Jak dołączyłam

Spokojnie pasłam się w Dzikim Lesie i nie miałam zielonego pojęcia że to jest terytorium czyjegoś stada. Wpadłam na pomysł, aby zrobić sobie malutki wyścig. Biegałam jak szalona tu tam aż się zmęczyłam(oczywiście to trochę długo potrwało). Podeszłam do pewnej soczystej kępki trawy. Gdy ja zerwałam ujrzałam w oddali pewnego ogiera, który pasł się sam. Szybkim pędem schowałam się za krzakiem. Obserwowałam go cały czas. Na chwilkę mrugnęłam, a on był obok pysznej trawy, a tak w zasadzie parę kroków ode mnie. Pomyślałam że przywitam się z nim. Wyszłam z krzaka i powiedziałam:
- Cześć jestem Persefona, a ty?
- Aaa! kim jesteś i bardzo mnie przestraszyłaś!
- Przepraszam... Jak wcześniej mówiłam mam na imię Persefona, a ty?
- Beck.
- Bardzo ładne imię. Czy ty też odeszłeś ze stada w poszukiwaniu innego?
- Co? Nie skąd poprostu zgłodniałem i postanowiłem że się tu wybiorę.-odrzekł
- Mhm. Ja uciekłam, bo nie mogłam wytrzymać z przywódcą stada.
- Taaak. Wiesz ja chyba musze już iść.
- Dobrze...
- Pa Persefono! Może się jeszcze zobaczymy!
- Mam taką nadzieje!
_________________________
Postanowiłam że dzisiejszą noc spędzę koło strumyczka w lesie. Usłyszałam dziwne hałasy. Popatrzyłam się za siebie i zobaczyłam stado koni. Ucieszyłam się i przybiegłam do przywódcy stada.
- Witaj jestem Persefona.
- Witaj.
- Czy mogłabym dołączyć do twojego stada?
- Oczywiście. Mam na imię Mozart, a to moja ukochana Layla.
- Witaj i zapraszam do stada!-odrzekła
- Juhu!!

Od Toshiko

Biegliśmy bardzo szybko, przed siebie. Nie wiedziałam nawet dokąd, teraz było ważne tylko to żeby od nich uciec i jakoś przeżyć. Nic innego się nie liczyło. Pain nie wykazywał przerażenia, biegł przed siebie. Ja się bałam. I to bardzo. On zawsze wydawał być się taki wspaniały! No cóż. W końcu to był mój brat. Podziwiałam go od źrebaka.
 ~
Dotarliśmy na jakąś polanę. Bardzo zmęczeni, ale chociaż udało nam się uciec!
- Pain. Żyjemy!
Wyszczerzyłam moje zęby i "przejechałam" w powietrzu ogonem.Wtedy zobaczyłam jakiegoś nieznajomego mi konia. Nie wiedziałam co zrobić, byliśmy sami. Brat się nie ruszał. No tak, nigdy nie pozwoliłby na to by utracić swoją dumę. Ale uderzyłam go ogonem i podeszłam do nieznajomego konia.
- Witaj ! Nazywam się Toshiko, to jest Pain... nie za bardzo wiemy co mamy ze sobą począć. pomożesz nam?

< Mozart, odpiszesz ? >
________________________
CD od Mozarta

- Jeśli chcecie być bezpieczni, to możecie dołączyć do Stada Zielonego Słońca. Z pewnością będzie wam raźniej w Stadzie - powiedziałem.
Pain popatrzył na mnie z zaciekawieniem.

< Pain? >

Od Belli: Dawne Dzieje

Moje życie przed dołączeniem do Stada Zielonego Słońca nie było miłe....
Od początku mojego życia byłam trenowana. Mój młodszy brat także. Mieliśmy być najlepszymi z najlepszych. Nasi rodzice też startowali w konkursach. Gdy podrosłam musiałam brać udział w konkursach skoków, w biegach przełajowych... Mój brat także brał udział. Miałam bardzo miłego jeźdźca który na mnie jeździł ale przez nieszczęśliwy wypadek zmarł zastąpił go jeździec który mnie bił. Mojego brata też bili. Moi rodzice wymęczeni byli ciągle w boksach. Gdy nie mogłam wytrzymać jak biją mego brata rzuciłam się na nich kopytami. Ludzie pozamykali nas w boksach... Następnego dnia usłyszałam że chcą nas wywieść na rzeź. Poinformowałam o tym rodzinę po czym mieliśmy plan ucieczki. Gdy plan się powiódł wyruszyliśmy w wędrówkę...
_________________________
Gdy nasz plan się powiódł wyruszyliśmy w wędrówkę. Wędrówka była długa i wyczerpująca. Musieliśmy czasem uciekać przed ludźmi i groźnymi dla nas zwierzętami. Gdy były trudne chwile w wędrówce pomagaliśmy sobie. W wędrówce przygarnęliśmy do siebie jeszcze kilka koni które przeszły coś podobnego co my. Byliśmy wszyscy wielką rodziną. Staliśmy się dzikimi końmi. Wędrowaliśmy około roku. Na naszej drodze znaleźliśmy stado koni. Przyłączyliśmy się do nich. Byliśmy wtedy jeszcze większą rodziną. Tam również znalazłam swą pierwszą miłość...
______________________________
Nasza miłość nie była długa przez niego... Gdy doszła do stada nowa klacz on od razu"pobiegł " do niej. Ale wszystko między nimi było w tajemnicy przed de mną. Ale dowiedziałam się gdy szłam po tamtych terenach zobaczyłam ich razem. Było to niemożliwe... Mówił że mnie kocha i nie opuści aż do śmierci a ja mu uwierzyłam. Zostałam jeszcze kilka dni w stadzie. On mnie przepraszał i przepraszał. Nie mogłam tego mu wybaczyć. Jak on mógł mi coś takiego zrobić ! Byłam zdenerwowana. Postanowiłam wyruszyć w samotną wędrówkę...
________________________________
Błąkałam się długo. Znurzona długą wędrówką bez chwili odpoczynku zasnęłam idąc. Nagle usłyszałam krzyki...
- Patrz tam jest koń !
- Na co czekasz łap ją !
Zmęczona nie miałam siły biec. Ludzie zarzucili na mnie siatkę. Ludzie prowadzili mnie do jakiegoś obozu.
- Patrzcie mamy dzikiego konia - chwalił się jeden człowiek
- Heh jaki ty głupi to normalny koń tylko ździczał - powiedział ktoś
Patrzyłam na tych wszystkich ludzi. Byłam przekonana że wszyscy są źli. Nagle mój wzrok skierował się na dwójkę dzieci. Patrzyły na mnie. W nocy gdy ludzie poszli spać mnie zostawili w jakimś ogrodzeniu. Wtedy przyszły dzieci które widziałam. Otworzyły bramkę ogrodzenia. Uwolniły mnie. Wtedy zrozumiałam że są wyjątki. Dzieci pożegnały się ze mną a ja pogalopowałam dalej..
_________________________________
Galopowałam z przerwami na odpoczynek. Myślałam gdzie jest moja rodzina Czy nadal w tamtym stadzie czy gdzieś indziej ? Ale nikt tego nie wie... Nagle napotkałam na swej drodze jakiegoś ogiera który zaproponował mi dołączenie do Stada Zielonego Słońca. Oczywiście przyjęłam propozycję. Kilka dni po dołączeniu gdy galopowałam po górach zobaczyłam rodziców i brata. Chyba chcieli zobaczyć czy dobrze czuję się w tym stadzie...

Od Belli

Dzisiejszego dni poszłam na łąkę byli na niej Dark Moon, Rain i Elastor z Malagą. Poskubałam z nimi trawę. Później pogalopowałam do Sennego Lasu gdzie spotkałam Dark Moona.
- Cześć - powiedziałam
- Witaj - odpowiedział
- Pościgamy się ? - zaproponowałam
- Ok. Ale oszczegam jestem szybki.
- To się zmierzę z mistrzem - powiedziałam wesoło
- <Dark Moon popatrzył na mnie i powiedział :
- To zaczynamy wyścig ?
- Nie to nie będzie wyścig. Będzie to tylko bieganie po terenach.  -powiedziałam
- Aha. Ok
- To zaczynamy - powiedziałam startując
Biegliśmy najpierw przez Dopływ Rzeki Yan Ing. Nasze kopyta były w wodzie. Woda ulewała się na boki. Później biegliśmy przez Góry Dolin gdzie na chwilę się zatrzymałam...
- Czemu się zatrzymałaś ? - zapytał Dark Moon
- Tu kiedyś widziałam moją rodzinę...
- <Dark Moon zobaczył w to miejsce które wskazywałam>
- Mhh... Dziwne...
- Dobra biegniemy dalej  - powiedziałam biegnąc
- Ok - powiedział Dark Moon patrząc jeszcze chwilę w tamte miejsce
Pobiegliśmy do Dzikiego Lasu zarośla czasem zasłaniały nam drogę ale przebiegliśmy przez nie do Górskiej Zatoki gdzie się zatrzymaliśmy napić się zimnej wody.
- Zimna woda - powiedziałam
- Tak
Nachyliłam się żeby znów napić się zimnej wody gdy wyskoczyła mi przed oczami ryba.
- Aaa... - krzyknęłam
- Co ?
- To coś mi wyskoczyło - powiedziałam przestraszona
- To tylko ryba - powiedział z śmiechem
- Ha ha bardzo śmieszne - powiedziałam i zaczęłam dalej biec
Pobiegliśmy na łąkę. Tam mieliśmy przerwę w biegu...

< Dark Moon dokończysz? >
________________________________
CD od Dark Moon'a

 - Dawno się z nikim nie ścigałem - powiedziałem do Belli.
Klacz potrząsnęła głową i zaśmiała się.
- Wszyscy posłańcy uwielbiają rywalizację? - zapytała.
- Wszyscy, których miałem okazję poznać. Możliwe, że za kilka dni jakiegoś poznam. Muszę zanieść list do Watahy Lipca i trochę ponegocjować... - zmieniłem temat.
- Odpowiada ci bycie jedynym posłańcem? - zaciekawiła się Bella.
- Średnio - powiedziałem zgodnie z prawdą. - W poprzednim stadzie byli trzej posłańcy. Stary Jamo, ja i Arytmia. - wyliczyłem - W poprzednim stadzie też byłaś szpiegiem? -zapytałem

<Bella, dokończysz?>
_______________________
CD od Belli

- Nie, nie byłam - powiedziałam
- A kim ? - zapytał
- Byłam też posłańcem - powiedziałam z uśmiechem
- Naprawdę ?! - powiedział ze zdziwieniem
- Tak.

< Dark Moon? >
_________________________
CD od Dark Moon'a

Przypatrzyłem się jej uważnie.
- Od początku zdawało mi się, że już cię gdzieś widziałem... Uczestniczyłaś w jakimś walnym zgromadzeniu posłańców?

< Bella, uczestniczyłaś czy Moon ma omamy? xD >
__________________________
CD od Belli

- Tak w Stadzie Górskiej Przełęczy byłam... - zaczęłam wymieniać kilka stad
- Mhm - Dark Moon się zamyślił
Popatrzyłam na niego wyczekując na jakąś odpowiedź

< Dark Moon? Może i spotkał... >

Od Belli

Dzisiejszego dnia poszłam pogalopować po Dzikim Lesie gdzie spotkałam Dark Moon'a
- Cześć.
- Hej - powiedział.
- Myślałam że ja tu biegam tylko po południu...
- A jednak nie - powiedział.
- Nikogo przedtem nie wiedziałam tutaj ale i tak miałam ciebie coś zapytać - powiedziałam.
- O co chciałaś mnie zapytać?
- No bo wcześniej miałeś partnerkę Arytmię, tutaj w stadzie miałeś kolejną miłość Kanadę...
- I co? - zapytał.
- I czy nadal poszukujesz partnerkę? - zapytałam.

< Dark Moon dokończysz? >
___________________________
CD od Dark Moon'a

- Sam nie wiem... Chyba nie mam szczęścia w miłości – roześmiałem się cicho, bez cienia wesołości – Arytmia i moja córka zostały tam po moim wygnaniu. Kanada odeszła. Nie wiem czy warto próbować.

<Bella, dokończysz?>
__________________________
CD od Belli

- Też nie miałam szczęścia w miłości - powiedziałam
- Czemu ?
- Yyy.. trudna sytuacja była wtedy.... - próbowałam się wymigać
- Jak nie chcesz nie mów - powiedział Dark Moon
- Bym powiedziała ale te wszystkie wspomnienia z nim....
- Zapomnijmy o tym - powiedział
- Ok
- Idę na łąkę. idziesz ze mną ?- zaproponował
- Nie, dzięki

I rozeszliśmy się po terenach...

Od Layli: Imię

Moi rodzice nazwali mnie "Layla" (czyt. Lajla), ponieważ uważali, że jestem jak Lala. Na początku mówili na mnie Lala , ale już potem Layla. Dziś z Mozartem przygotowaliśmy romantyczny wieczór. Kwiaty, woda w specjalnych pucharkach! Tak go kocham!

Od Anyi Marie

- Witaj Mozart! Kim jest ta nowa klacz?- zapytałam
- To Bella, nowa członkini- odpowiedział Mozart
- Witaj Bello, jestem Anya Marie, w skrócie Anya - przywitałam Bellę.
- Moje drogie, zostawiam was same- oznajmił Mozart.
Gdy Mozart odszedł, od razu rozpoczęłam rozmowę o naszej przeszłości.
- Kim byłaś, nim dołączyłaś do stada?- zapytała Bella
- Byłam wierzchowym koniem. Często mnie bito, nie było mi tam dobrze. Po śmierci właścicielki uciekłam w obawie, że jej ojciec będzie mnie bił mocniej niż zawsze. I tak stałam się Gammą. Czy ty teraz możesz mi opowiedzieć swoją historię?
-Tak, oczywiście. Gdy byłam młoda, moi rodzice zginęli, również brat. Mój partner mnie opuścił dla innej. Zrozpaczona dotarłam tutaj - opowiadała ze łzami w oczach.
Po chwili ciszy zobaczyłyśmy Rodzynkę.
- Hej Rodzynka! Czy mogłabyś tu zakłusować?
- Ależ oczywiście. -  Rodzynka już stępowała koło mnie.

< Rodzynka, dokończysz? >
_______________________________
CD od Rodzynki


-Cześć, dziewczyny. Co robicie?-zapytałam
-Opowiadamy sobie swoje historie. Jaka jest twoja?-zapytała Bella.
-Byłam córką przywódczyni. Najmądrzejsza wśród źrebaków. Moją ciotkę tak to denerwowało, że jestem mądrzejsza od jej ulubienicy, że postwanowiła się mnie pozbyć. I chyba moje imię też ją wkurzało...
-Imię!?-zdziwiła się Anya-Przecież Rodzynka jest takie słodkie i tak uroczo brzmi!
-Może uroczo, ale jestem biała, a nie ma białych rodzynków. Wracając: Porzuciła mnie w lesie gdy miałam prawie 3 lata. Porwały mnie Driady i im służyłam. Po roku razem z poznaną klaczą uwolniłyśmy siebie i resztę koni. Zmęczona ucieczką położyłam się na jakiejś łące, a gdy wstałam zetknęłam się nosem z Dark Moon'em i...-przerwałam na widok głupawych uśmieszków dziewczyn-Przestańcie! To nie była moja wina!

Anya, dokończysz?
_____________________________
CD od Anyi Marie

-No spoko! Wierz mi, jeszcze do końca nie opowiedziałam wam mojej historii, ale mówię wam! Jak byłam na pierwszych wyścigach, to omal nie zakochałam się w ogierze który mnie wyprzedzał. Był piękny! Taki srokaty... Omal się nie zakochałam, bo wygrał. To żaden wstyd! A ty, Bella? Miałaś lub masz bliższego przyjaciela?

< Bella, dokończysz? >
_____________________________
CD od Belli

- Ja? Yyy.. nie
- Na pewno ?
- No tak na prawdę to tak...
- Kogo ?
- Nie chcę o nim mówić ani go widzieć...




Od Rodzynki: Gonitwa

Gdy biegałam po lesie wpadłam na coś. To była Anya Marie. Zrzuciła mnie z siebie.
- Rodzynka! Daj żyć!
- O. To ty Ay. Nie zauważyłam. Wybacz.
- Jasne, jasne. Co robisz?
Z krzaków wybiegł jeleń. Pognałam za nim.

< Anya Marie, co dalej? >
________________________
CD od Anyi Marie

Pognała za jeleniem, a ja zastanawiałam się, co się stało. Oglądam drzewa, ona na mnie wpada, szybka wymiana zdań i ona dalej leci za jeleniem. Szybka jak wiatr... Popędziłam za nią.
- Rodzynka! Hej! Ile będziesz gonić te zwierzęta?
- Tak długo, aż go prześcignę!
I dalej biegła, ale zobaczyła coś, co wprawiło ją w osłupienie.
-Rodzynka?



< Rodzynka, co cię wprawiło w osłupienie? >



Od Anyi Marie - Ostatni Kwiat

Szłam w deszczu wzdłuż brzegu Górskiej zatoki, spoglądając na lawendę, dziką różę, wrzos czy ostatnią konwalię. Przypomina mi ona Helen. Była szczególna. Była ostatnia. Była moją ostatnią właścicielką. Łzy stanęły mi w oczach. Jedna z nich spadła na kwiat. A może to był deszcz? Zamknęłam oczy. Wspomnienie wróciło. Pisk opon. Wyjrzałam zza siana. Jeden samochód się palił. Może tylko mi się zdawało. Ale te brązowe trampki. I wytarte dżinsy. Przez tydzień znosiłam cierpienie w milczeniu. Wreszcie uciekłam. Jak potem się dowiedziałam, Helen przeprowadzała babcię przez ulicę, gdy pewien człowiek (ludzie nazywali go pijanym) uderzył w nie. Zginęły na miejscu.
- O Helen, czy ty mi wybaczysz? – wyszeptałam. – Czy wybaczysz mi to, że wtedy nie zarżałam? Brakuje mi Anye Marie. Prawdziwej Anye Marie. Nie nosiciela jej imienia. Odważnej , szlachetnej Anye Marie.
- Gdybyś wtedy zarżała, brakowało by nam ciebie.
- Layla? Czy to ty?


Od Mozarta: Dziedzic

Nie myślałem o tym, że kiedyś w końcu moje życie się skończy. Teraz, gdy nadeszło Lodowe Lato, zrozumiałem, że potrzebuję dziedzica. Wiedziałem, że nie zależy to ode mnie.
Ponieważ kłopot małej ilości pożywienia był coraz większy, poszedłem do Layli naradzić się.
Layla piła wodę z dopływu Yan Ing wraz z innymi klaczami.
- Layla! - krzyknąłem.
- Co? - spytała.
- Chodź...
Podeszła do mnie.
- O co chodzi? - spytała.
- Musimy porozmawiać. Chodź na Bajeczną Łąkę.
Poszliśmy.
- O co chodzi? - spytała po raz drugi.
- Widzisz te kwiaty? - pokazałem jej przemarznięte, zlodowaciałe kwiaty - Nadchodzi Lodowe Lato, co oznacza kłopoty z Theth'em. Rozumiesz skalę zagrożenia?
- Tak...
- Muszę wyruszyć w Góry Theth, a potem do jego zamku. To obowiązek bronić stada.
- A co jeśli nie wrócisz? - spytała z przestrachem.
- W tym jest problem. Potrzebuję dziedzica.

Od Rodzynki: Dawne Dzieje

Po raz pierwszy w życiu otworzyłam oczka. Chwiałam się i nie mogłam wstać. Mama czule mnie lizała. Nosem zachęcała do wstania. W końcu się podniosłam. Nie mogłam jeszcze zrobić kroku, ale stałam. Mama delikatnie mnie popchnęła do przodu. Zrobiłam pierwszy chwiejny krok, po którym upadłam. Mama znów zaczęła mnie zachęcać, ale ja w ramach strajku usiadłam i dumnie uniosłam łebek do góry. Mama westchnęła.
- Nawet się nie wysilaj, Sacrie. Odpocznij po porodzie. Dziecko wstanie, kiedy będzie chciało.-poleciła jedna z moich licznych ciotek. Mama spojrzała na nie z wyrzutem i rzekła:
- Im szybciej Diamond Raisin zdobędzie potrzebne umiejętności fizyczne, tym szybciej będzie można przejść do nauki intelektu. A na tym mi szczególnie zależy.
Ciotka Ecruie się zmarszczyła.
- Diamond Raisin? Diamentowy Rodzynek? Tak ją nazwałaś?
- W skrócie Rodzynka. - spojrzała na mnie czule mama.
- Gdyby chociaż była brązowa, to rozumiem, ale jest biała jak śnieg. I Rodzynka?
- O jejku, nazwę ją Snowy. To jest Rodzynka, koniec, kropka. - ucięła mama i zaczęła skubać trawę.
- Rodzynka.  - syknęła Ecruie patrząc na mnie dziwacznie. Przekrzywiłam główkę nic nierozumiejąc. Inne ciocie westchnęły rozczulone.
____________________________
Miałam kilka miesięcy. Oczywiście już od dawna umiałam chodzić i biegać. Ciotka Ecruie nadal nie traktowała mnie... jakby to... Zbyt uprzejmie. Za to szczególnymi względami darzyła Supernovą-moją przyjaciółkę. Wciąż oddawała jej najlepsze kępki trawy. Nova chciała się nimi ze mną dzielić, ale Ecruie natychmiast protestowała. Nova patrzyła na mnie przepraszająco i zaczynała jeść. Chyba wiem co Ecruie tak denerwowało. Moje imię. Drwiła, że jestem "Białym Rodzynkiem". No i, że rozwijam się umysłowo lepiej, niż Nova, ale ona jest bardziej wysportowana. Ale tylko trochę bardziej. Z kolei inteligencja, jest u niej...no cóż: niska. A zresztą...
- Nova! Patrz jeleń! Wiesz chyba co zamierzam?-zaśmiałam się
- Eee...Nie.-pokręciła głową
Przewróciłam oczami.
- Przecież zawsze to robię! Ści-gam się z je-le-nia-mi!
- Aaa... No fakt. Ale jednak teraz mogłaś zawierzać co innego, i mogłam się zbłaźnić.-zachichotała
- A teraz się nie błaźnisz?-mruknęłam pod nosem.
- Co mówisz, Rodzynko?
- Nie, nic! Zupełnie nic...-zaprzeczyłam
_________________________________
Rosłam zdrowo. Byłam po Supernovej najszybsza wśród źrebaków i wśród nich najmądrzejsza, nie chwaląc się powiem. Jeśli jakiś źrebak miał problem przychodził do mnie. Ciotkę Ecruie tak to denerwowało, że w końcu posadziła Supernovą przy nauce i kazała jej przewyższyć mnie intelektem. Ale biedna, kochana Nova nic z nauk ciotki nie rozumiała. Za to ja wciąż poznawałam świat. Zapuszczałam się dalej, niż sięgają marzenia innych źrebaków. W ten sposób minęły mi kolejne dwa lata życia. Za pół roku kończę 3 lata. Wkroczę w wiek dorosłości. Ale wtedy ciotka Ecruie już nie wytrzymała...
- Diamond Raisin? Pozwolisz na chwilę? - zapytała z przesadną uprzejmością.
- No... W porządku ciociu. - zgodziłam się niepewnie. Ecruie zaprowadziła mnie głęboko w las i tam użyła mocy bym straciła przytomność. Potem, za pomocą umiejętności, której nauczyła mnie mama zajrzałam wstecz i zobaczyłam, że Ecruie mnie zmniejszyła i zaczęła telekinezą odnosić jeszcze dalej. Zaniosła mnie gdzieś nie pamiętam gdzie.. Przywróciła rozmiary i porzuciła.
__________________________________
Gdy się obudziłam, leżałam w zupełnie obcym miejscu. Na prawdę przerażona ruszyłam przed siebie, jak się potem dowiedziałam, w złym kierunku. Usłyszałam śpiewy i śmiechy. Poszłam za odgłosem. Kawałek dalej biesiadowały leśne Driady, strażnicy przyrody. Wtedy usłyszałam krzyk:
- Ach, na moje drzewo! Toż to klacz! Pędem, bracia, więzy rzucać! Już się nie wywinie!
Driady pognały na mnie magiczne więzy, które oplotły moją szyję i nogi. Wyrywałam się, jak mogłam, ale sznury mnie przewróciły. Stworzenia zaciągnęły mnie do stajni. Było tam wiele innych koni, które zostały pochwycone. Wprowadzono mnie do boksu najdalej od wyjścia. Obok mnie była stara, umęczona szkapa. Natychmiast zaczęłam ją wypytywać:
- Kim jesteś? Co ze mną zrobią? Jak długo tu siedzisz?
- Uspokój się, dziecko. Ja nazywam się Colie. A ty?
- Rodzynka. Co się ze mną stanie, Colie?
- Och, będziesz ciężko pracować w ochronie lasu, ot co. Taak... Ja nadal pracuję, chociaż taką znowu staruchą nie jestem, wyglądam na conajmniej 30 lat.
- A ile masz w rzeczywistości?-zaciekawiłam się
- 12. A ty wyglądasz na 3. Ciężka to robota, zaiste...
- A jak długo tu siedzisz?
- Z 10 lat na pewno. Ty też posiedzisz do końca życia. Czyli 20 lat. Tu konie bardzo szybko umierają. Widzisz, Driady dbają o przyrodę, ale konie uważają za istoty z piekła, które są pożyteczne. Dobranoc, Rodzynko. Jutro czeka nas obie ciężka praca...
Przez następny rok służyłam ciężko Driadom. Ale postanowiłam z tym skończyć...
_____________________________________
Z Colie obmyślałam plan.
- Ja cię wyciągnę telekinezą, ty otworzysz mój boks i razem będziemy kolejno otwierać po obu stronach. Może być?
- Jasne, że może być!- zarżała radośnie Colie.
- To uwaga. Gotowa?- zapytałam. Kiwnęła głową. Wyniosłam ją z boksu. Ona otworzyła mój i zaczęliśmy otwierać pozostałe. Zdziwione konie rżały i wybiegały. Driady były zbyt zdziwione, żeby zareagować. Konie biegły w różne strony krzycząc:
- Dziękujemy, Rodzynko! Jeśli będziesz w potrzebie pomyśl, a się zjawimy!
Colie podeszła do mnie i dała ni wisior, który sprawiał, że pojawi się w moich snach gdy będę miała problem. Rozstaliśmy się. Ja jedyna biegłam na zachód. Potem zmęczona położyłam się i zasnęłam. Otworzyłam oczy. Na moim nosie usiadła mucha. Wstałam i odskoczyłam... Resztę już znacie.

Od Belli

Dzisiejszego dnia gdy byłam na łące zauważyłam pięknego ogiera w którym się zakochałam. Postanowiłam przywitać się z nim
- Witaj nazywam się Bella
- Hej nazywam się Beck - powiedział
- ( Nic nie powiedziałam ponieważ odebrało mi mowę )
- Piękny dzień dzisiaj co nie ? - zapytał.
- Tak piękny - powiedziałam

 < Beck ? >

Od Mozarta: Rośliny

Ostatnio ciekawiły mnie rośliny. Postanowiłem założyć Zielnik.
Dopóki nie było Zielarza, zająłem się tym, co powinien robić. Uwielbiałem się czegoś uczyć i poznawać nowe rzeczy. Gdy zacząłem poznawać zioła, to podeszła do mnie Rodzynka.
- Witaj - powiedziałem.
- Cześć. Co robisz? - spytała.
- Zielnik. Dopóki nie ma Zielarza, zastępuję go.
- Mogę Ci pomóc?
- Jasne!
Zaczęliśmy zbierać zioła.

< Diamond Raisin, dokończysz? >
_____________________________
CD od Rodzynki

Z Mozartem przyjemnie spędziliśmy czas zbierając zioła i wesoło gawędząc. W końcu...
- Podoba ci się ktoś w stadzie?- zapytał.
- Ee... Tak.
- Kto?
Spuściłam głowę.
- Dark Moon.

< Mozart, dokończysz? Wybacz, że krótkie >
_______________________________
CD od Mozarta

- Naprawdę? - spytałem z ciekawością.
- Tak - odpowiedziała.
- Nie bój się mu tego wyznać... Nie znam się co prawda za bardzo na miłości, ale ja Layli wyznałem to już jak byłem źrebakiem.
- Serio? - spytała ze zdumieniem.
- Tak. Jak nie wierzysz, to się jej spytaj.

< Rodzynka? >
_____________________________________
CD od Rodzynki

- OK, wierzę ci, ale jak to będzie wyglądało? Podchodzę do niego i: Cześć, Dark Moon. Jestem w tobie zakochana. Weźmie mnie na jakąś psychiczną, albo...
- Albo powie, że też jest w tobie zakochany. - przerwał mi Mozart. Popatrzyłam na niego zdziwiona.
- A nie mógłbyś ty z nim pogadać? Tylko nie mów mu o mnie.

< Mozart, zgodzisz się? >
_______________________________________
CD od Mozarta

- Zgodzę się pod jednym warunkiem: będziesz czekać w pobliżu i jeśli zrobię tak - tupnąłem lewym tylnym kopytem - wyjdziesz z ukrycia.
- Ok - zgodziła się.
Poszliśmy do Dark Moon'a.
- Hej - przywitałem się.
- Cześć - powiedział - Mógłbyś mi pomóc w przygotowaniu listu?
- Jakiego? - spytałem.
- Nie wiesz? Layla mi zleciła napisanie listu, aby zawrzeć sojusz pomiędzy nami a Watahą Lipca.
- A, no tak... W tej watasze jest nasz stary znajomy. To jasne, że Ci pomogę.
Tupnąłem lewym tylnym kopytem.

< Rodzynka, dokończysz? >
__________________________________________
CD od Rodzynki

O, matko! Miał tupnąć dopiero, kiedy uzyska odpowiedź! No, ale już tupnął i wyszłam.
- O! Rodzynka! Ty też pomożesz? - ucieszył się Dark Moon.
- No... Jasne. A co to za wasz znajomy? - zapytałam.
- Nazywa się Helios. Jak byliśmy gdzie indziej jako malcy, to nasza trójka była nierozłączna. - wytłumaczył Dark Moon.
- Aha. Aaa... Powiesz w jakim stadzie byliście wcześniej?
Dark Moon otworzył usta, ale Mozart mu przerwał:

< Mozart, w jaki sposób przerwałeś? >
___________________________________________
CD od Mozarta

- Wy na pewno sobie sami poradzicie w tworzeniu tego listu, szczególnie, że jesteś Deltą - zwróciłem się do Rodzynki - Przyjdźcie do mnie, jak skończycie, żebym mógł to podpisać.
Odszedłem.
- Uff... Teraz powinna mu to wyznać - stwierdziłem w myślach.

< Rodzynka, co się zdarzyło podczas pisania listu? >
____________________________________________
CD od Rodzynki

Wiedziałam, że Mozart nas zostawił specjalnie, ale nie mogłam się zdobyć, żeby mu to powiedzieć... W końcu on zaczął...
- Tobie kto się podoba, Rodzynko?
- Mnie? - zadziwiłam się
- A widzisz tu inną Rodzynkę? - zażartował Dark
- No... Ja... To znaczy mnie... - wzięłam głęboki wdech - Mnie się podobasz ty.

< Dark Moon? >
______________________________________
CD od Dark Moon'a

Nie spodziewałem się tej odpowiedzi. W ciszy nakreśliłem na miękkiej ziemi kilka znaków. W tym stadzie wszystko wyglądało inaczej. Niedawno związałem się z Kanadą, lecz ona odeszła. Teraz podobam się Rodzynce. Sam nie wiem czy dołączenie tu nie było błędem, lecz dobrze mi tu. Mam pracę, przyjaciół.
- Wiesz, właściwie się nie znamy. Dlaczego zwróciłaś uwagę akurat na mnie? Jestem starszy nawet od Mozarta – zapytałem ją.

< Rodzynka, dokończysz? >
______________________________________
CD od Rodzynki

- Och. - zrobiłam się czerwona jak burak - Myślę, że teraz nijak nie mogę na to odpowiedzieć. Wiesz, co najlepiej zapomnij, że cokolwiek mówiłam. Wróćmy do tego listu...
- Jasne.
Już potem pomagałam mu pisać list. Tylko z małymi uzupełnieniami błędów ortograficznych i gramatycznych.
- Wiesz, Dark. Dzięki.
- Za co niby?- zdziwił się.
- Za szczerość. Dzięki temu nie myślę, że zaraz wyciągniesz naszyjnik zaręczynowy, jutro ślub, pojutrze źrebaki. - zaśmialiśmy się niewesoło.
- To cześć. - zaczęłam odchodzić.
- Rodzynka, poczekaj!- zawołał za mną Dark. Odwróciłam się.
- Tak?

< Dark Moon, o co ci chodziło? >
__________________________________________
CD od Dark Moon'a

- Widzisz, źle to ująłem. Nie chciałem cię odrzucić. Podobasz mi się, naprawdę. - Nerwowo grzebałem kopytem w ziemi. - Zapytałem z ciekawości. Pamiętasz jak zetknęliśmy się nosami? Zaprosiłem cię do stada, niewiele myśląc. Spodobałaś mi się. Jesteś ładna, błyskotliwa i zabawna... Czego chcieć więcej?

< Rodzynka? >
____________________________________________
CD od Rodzynki

- Nie okłamujesz mnie? - upewniłam się
- W żadnym razie. Tylko... Chciałem żebyśmy poznali się lepiej. Umowa stoi?
- Umowa stoi! - odpowiedziałam radośnie.
- No. - odetchnął z wyraźną ulgą Dark Moon-Już się bałem, że w jakąś melancholię wpadniesz czy coś.
- Najwyraźniej nie wiesz jakie są dziewczyny! - zaśmiałam się. - Muszę już iść. Obiecałam Anyi Marie, że jeszcze z nią pójdę na spacer. Na razie Dark. Spotykamy się jutro?
- OK, a gdzie i kiedy?
- Może koło południa przy dopływie rzeki Ing Cing.
- Yan Ing! - roześmiał się.
- Zapominam ciągle. Na razie!
- Rodzynka, poczekaj. Jeszcze chcę ci podziękować za pomoc przy tym liście.
- Zawsze do usług! - skłoniłam się i odeszłam zostawiając Dark Moon'a.

< Dark Moon, co robiłeś kiedy odeszłam? >
____________________________________________
CD od Dark Moon'a

Patrzyłem jak odchodzi i uśmiechałem się w duchu. Pojawiła się nowa nadzieja.

***

W południe następnego dnia czekałem przy dopływie rzeki Yan Ing, tak, jak umówiłem się z Rodzynką. Czekałem na nią, brodząc w rzece. Słońce grzało mocno i gryzły mnie bąki, które odpędzałem ogonem. Słońce wędrowało po niebie, a klacz nie zjawiała się.
W końcu wróciłem na Łąkę Rozmaitości, aby zapytać o nią innych. O tej porze większość szukała cienia w Sennym Lesie, na łące pasło się jedynie kilka koni.
- Widziałaś gdzieś może Diamond Raisin? -zapytałem Laylę.
- Tak, dziś rano wybrała się z Mozartem w Góry Theth - odpowiedziała, spokojnie skubiąc trawę.
- W Góry... - odebrało mi na chwilę mowę - Mozart na to pozwolił? Tam jest niebezpiecznie - powiedziałem nieco za głośno.
Layla popatrzyła na mnie z rozbawieniem.
- Czyżby nasz nieugięty Dark Moon martwił się o Rodzynkę? - zapytała.
- Możliwe - odpowiedziałem krótko. - Kiedy mam wybrać się z listem do Watahy Lipca? - zmieniłem temat.

< Layla, kiedy? >
_____________________________________________
CD od Layli

- Wiesz... Może chodźmy dzisiaj?
-Chodźmy?
-No tak. Pójdę z tobą...
-Czemu?
-Mam dziwne wrażenie, że nikt nie jest do mnie przyjaźnie nastawiony...
-Coś ty... Po prostu wszyscy się dopiero przyzwyczajamy co ciebie.
-No to chodźmy!
-Kto pierwszy!
Taki wyścig sprawił nam wiele zabawy.

<Dark Moon, kończy>
_____________________________________________
CD od Dark Moon'a

- Nie powinniśmy już galopować - zwróciłem uwagę Layli.
Przeszedłem do kłusa, pozwalając się wyprzedzić Layli. Klacz galopowała jeszcze chwile, lecz po chwili także zwolniła.
- Zmęczyłeś się? - zapytała mnie.
- Nie, ale jeśli chcemy biec kilka dni, to kłus jest wydajniejszy.
Co jakieś dwadzieścia minut stępowaliśmy chwilę, a później znów podejmowaliśmy bieg. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi zacząłem się rozglądać za miejscem na nocleg. Moje spojrzenie padło na niewielki  zagajnik. Pokazałem Layli to miejsce i poszedłem je zbadać. Klacz poszła za mną i zaakceptowała mój wybór.
Paśliśmy się jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu zapadłem w niespokojny sen.