Przede wszystkim życie. To tylko pamiętam. Tyle mnie nauczono. Nie uczono mnie czym jest przyjaźń, miłość, bycie kulturalnym. Nie wiem co to zabawa. Nie uczono mnie też przetrwania. Tego nauczyłem się sam. Przyjaźni, miłości, kultury i zabawy nauczyła mnie ONA...
A było to tak:
Otworzyłem oczy. Obok mnie leżała martwa klacz, moja matka. Do namiotu wbiegł kruczoczarny ogier, mój ojciec. Rozejrzał się, zobaczywszy mnie podbiegł i pochylił się:
- Zapamiętaj sobie jedno, Mefisto, mój synu: Przede wszystkim życie!
Potem wybiegł i więcej go nie widziałem. Mimo to dobrze wiedziałem co mam zrobić. Na chwiejnych nóżkach wyszedłem z namiotu i skierowałem się do lasu. Nikt z walczących nie zauważył małego, karego noworodka przemykającego bokiem w stronę lasu. Gdy znalazłem się pod bezpiecznymi drzewami, bez cienia smutku czy tęsknoty do rodziców ruszyłem dalej. Po paru godzinach kłusowałem już swobodnie. Nie rozglądałem się ciekawie, nie bałem się też. Minęło mi w ten sposób kilka tygodni. Nie rosłem prawie w ogóle, nadal wyglądałem jak ledwo urodzony źrebaczek. Ale nie przejmowałem się zbytnio wyglądem. Przede wszystkim życie.
Pewnego dnia gdy kłusowałem wąską leśną ścieżką zobaczyłem klacz. Tak śliczną, że aż przystanąłem by popatrzeć. Stała na polance w świetle przepuszczonym przez liście. Dokoła niej latały motylki, a ona sama śpiewała śliczną piosenkę. Nie, piosenka była zwyczajna, to jej GŁOS był niezwykły. Podszedłem bliżej. Mogła mnie zobaczyć. Mogła. Ale nie zobaczyła. I to mnie rozczarowało. Stałem jeszcze chwilę bez ruchu, a gdy było mi niewygodnie, przeniosłem ciężar ciała na inną nogę, nastąpiłem na patyk. Wystarczył cichy trzask, żeby śliczna, rozśpiewana klacz odwróciła do mnie głowę. Ze zdziwieniem podeszła bliżej.
- Witaj. Jestem Sara, a ty? - zapytała w końcu.
- Mefisto. Co tutaj robisz?
- Mieszkam. To tereny Stada Zielonego Słońca. Może dołączysz?
"Wszędzie tam, gdzie ty!" chciałem wykrzyknąć. Ale zamiast tego powiedziałem obojętnie:
- Pewnie, czemu nie.
- Chodź. Po drodze opowiem ci o stadzie. - ruszyłem za nią - Nasze Alphy to Will i Caroline. Moja mama nazywa się Rodzynka, a tata nie wiem, bo kiedy się urodziłam, był na jakimś zgromadzeniu czy czymś podobnym. Mam starszego brata: Oriona. A ty? Powiedz mi coś o sobie.
Co miałem mówić. Powiedziałem co wiedziałem.
- Och to straszne! - poruszyła się.
- Co jest straszne? - zdziwiłem się.
- No... Nie znałeś mamy, twój tata dał ci tylko tę dziwną naukę...
- Przyzwyczaiłem się. - odparłem. Reszta drogi minęła w ciszy. Alphy mnie przyjęły. Podoba mi się tu, tylko Orion jakiś taki dla mnie nie miły...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz