piątek, 18 kwietnia 2014

Od Mozarta: Przeszłość

Otworzyłem oczy. Przede mną stała moja mama, siwa klacz o szmaragdowych oczach. Zarżałem. Wstałem. Po kilku krokach upadłem na pełną kwiatów łąkę. Nagle usłyszałem głos. To był mój ojciec.
- Dasz radę mały - powiedział.
Odwróciłem się do tyłu. Za mną stała piękna już za młodu, izabelowata klacz.
Parsknąłem.
- Jak się nazywasz? - spytała.
Popatrzyłem na moich rodziców. Uśmiechnęli się.
- Mozart - odpowiedział tata - na cześć mojego przyjaciela, który zginał w walce za tego - ściszył głos - durnego, parszywego władcę.
Mój tata ciężko harował, abym mógł żyć, zaś mama służyła Alphie.
Moi rodzice nie mieli ważnych pozycji, byli biedni. Mama nie była dość młoda, ale nie była też stara. Była wychudzona, krucha. Mój tata zaś był potężny i silny.
- Mój mały... - powiedziała mama - Jesteś naszym Skarbem - szepnęła mi na ucho.
- Zda się na coś? - spytał ze wzgardą Margon, Samiec Alpha.
- Nie wiadomo - odpowiedział jego asystent.

***

Wyrosłem. Miałem już dwa miesiące. Moi koledzy się ze mnie śmiali, a jednak ona była wciąż przy mnie. Piękna izabelowata klacz - Layla. Zaprzyjaźniliśmy się.
- Nie zadawaj się z nią, żebraku - drwił ze mnie Orllen, młody Alpha - Nie stać Cię na jej miłość!
Patrzyłem na niego gniewnie. Był moim wrogiem od urodzenia.
- Ślicznotko, chodź do mnie! - wołał Orllen do Layli - Jego nawet nie stać na miłość!
Pogalopowałem w stronę Perlistych Łąk.
Słyszałem za sobą głos Layli, lecz parłem na przód.
Odkąd mój ojciec zginął za wyrażanie swoich opinii o Alphie (mógłby chociaż raz ruszyć ten swój spleśniały zad, a nie siedzieć w bezpiecznej twierdzy i patrzeć, jak inni za niego walczą; jest tak zarozumiały, że powinien przeczytać wszystkie książki świata, jest także tak chamski, że morduje tych, którzy nie chcą mordować innych za niego; ten jego zad jest tak tłusty, że nawet świnia jest chudsza; itp.; itd.) Orllen uważał, że moja rodzina "psuje gatunek", a także, że "potomkowie potworów powinni od razu ginąć".
Byłem młody, lecz już upadłem.
- Nie przejmuj się nim - mówiła Layla - To jego nie stać na miłość.
I tak jej nie wierzyłem.

***

Gdy miałem już pół roku, w stadzie nie dało się przeżyć. Alphy były surowe, za każde wykroczenie było wygnanie.
Wziąłem ze sobą moje rzeczy (było ich niewiele) i wyruszyłem. Poszła ze mną Layla.
Gdy wyruszyliśmy, poczułem za obowiązek chronić Laylę. Wędrowaliśmy chyba dwa i pół roku.

***

Obudziłem się. Byliśmy w lesie.
- Te tereny są idealne do zamieszkania. Możemy tu założyć stado... - powiedziałem do Layli.
- A jak je nazwiemy? - spytała.
Popatrzyłem się w niebo. Byliśmy w lesie. Popatrzyłem na słońce. Zza drzew było zielone.
- Stado Zielonego Słońca - odpowiedziałem pewnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz