Galopowałem co jakiś czas zarzucając głową. Obok mnie biegła Arytmia. Gdy klacz poczuła na sobie mój wzrok bryknęła radośnie i zaczęła mnie wyprzedzać. Wiedziała, ze jestem szybszy, ale w ten sposób chciała mnie sprowokować. Położyłem po sobie uszy i zacwałowałem do przodu pozostawiając ją daleko w tyle. Po chwili zwolniłem do kłusa i pozwoliłem jej się dogonić. Gdy się do mnie zbliżyła na jej kasztanowatej sierści było widać plamy potu, a na pysku widniała biała piana.
- Musisz popracować nad kondycją jeśli chcesz zostać posłańcem – roześmiałem się.
- Dopiero nad nią pracuję – wydyszała Arytmia – Nie musisz mi o tym przypominać.
- Z doświadczenia wiem, że docinki dobrze robią. Sam przez to przechodziłem.
Kasztanka spuściła głowę.
- Nigdy nie będę dobrym posłańcem. Jestem za wolna!
Trąciłem ją delikatnie pyskiem.
- Wyszkolisz się. Masz dopiero dwa lata i osiem miesięcy. Jeszcze trzy miesiące do wyboru posady!
Arytmia ruszyła z miejsca pełnym galopem. Pędziła w stronę łąki, na której nasze stado przebywało od kilku dni. Niemal od razu ruszyłem za nią, lecz tym razem jej nie wyprzedziłem – pędziliśmy łeb w łeb.
Zwolniliśmy do kłusa kilkadziesiąt metrów przed początkiem łąki, na której pasło się stado i w tym tempie tam dotarliśmy. Inni byli już przyzwyczajeni do mojego nagłego pojawiania się i znikania. Zazwyczaj oznaczało to nowe wieści lub, że po prostu wracam z treningu. Łatwo było rozpoznać oba przypadki, bo na misje zawsze wyruszałem sam. A w biegach towarzyszyła mi rezolutna kasztanka, która starała się o posadę posłańca.
- Ciemny! - zawołał mnie lekko zbudowany gniadosz. - Jak idą ćwiczenia? Można ją przyjąć wcześniej?
Arytmia spojrzała na mnie błagalnie, lecz nie mogłem kłamać. Od tego mogła zależeć przyszłość stada.
- Musi popracować nad wytrzymałością. Powinieneś wysłać ją na próbną misję, bracie – odpowiedziałem mu.
- Dobry pomysł – odparł gniadosz – Ale będziesz jej towarzyszył. Tylko żadnych wybryków, mają wrócić dwa konie, zrozumiano? - Popatrzył na nas znacząco, a następnie parsknął śmiechem.
- Zgadzam się, a ty, Arytmio?
- Oczywiście! - potaknęła ochoczo kasztanka.
- W takim razie odwiedźcie stado z gór zachodnich. Przydadzą się informacje odnośnie nowych pozycji.
- Tak jest! - odezwaliśmy się chórem.
- Świetnie. Wyruszcie jutro rano -powiedział mój brat i powrócił do skubania trawy.
Arytmia wierzgnęła radośnie i poszła powiedzieć reszcie klaczy o swojej pierwszej misji.
___________________________
Kłusowałem miarowym krokiem u boku Arytmi. Klacz biegła z wyciągniętą szyją i była już dosyć zmęczona.
- Co powiesz na chwile przerwy? - zapytałem ją
- No, dobrze - powiedziała z wahaniem - ale tylko na chwilę.
Szliśmy teraz stępem po suchej trawie. Mógłbym się założyć, że to ludzie ją wypalili, a teraz powoli odrastała.
- Musimy znaleźć wodę - powiedziała kasztanka, przerywając ciszę.
Przytaknąłem w milczeniu i nastawiłem uszy, szukając dobrze znanego szumu wody. Kilka razy zatrzymałem się i powtórzyłem tą czynność, aż w końcu usłyszałem cichy szum.
- Północny - wschód - powiedziałem cicho.
- Ale wtedy zboczymy z kursu! - powiedziała głośniej klacz, lecz zamilkła gdy spojrzałem na nią karcąco.
- Wolisz umrzeć z pragnienia? - zapytałem.
Arytmia tupnęła nogą, lecz zgodziła się na zmianę kursu. Skierowała się na północ i ruszyła energicznym kłusem.
***
Po jakimś czasie dotarliśmy do przejrzystego potoku. Z radością weszliśmy do wody i ochłodziliśmy zmęczone nogi. Było spokojnie i cicho. Od zawsze uwielbiałem takie chwile.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz